RSS
 

Archiwum kategorii ‘CI, KTÓRZY OD NAS ODESZLI’

ZWYCZAJE POGRZEBOWE NA PRZESTRZENI OSTATNICH 50 LAT

04 maj

Samodzielny Kościół Ewangelicko – Luterański w Niemczech [SELK] w ramach tematycznych zeszytów tzw. „Luterańskiej orientacji”, jeden ze wspomnianych zeszytów, mianowicie nr 4, został poświęcony tematyce odchodzenia i śmierci w dzisiejszych czasach. Wydany on został przez stałą Komisję d/ Etyki i opatrzony słowem biblijnym z Psalmu 90,12: „Panie, naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca.

Zeszyt składa się z 7 opracowań na tematy:

  1. Umieranie i śmierć z perspektywy biblijnej,
  2. Umieranie i śmierć współcześnie,
  3. Medycyna na końcu życia
  4. Kiedy jest dozwolona pomoc w umieraniu?
  5. Prawo pacjenta,
  6. Pomoc paliatywna i praca w hospicjum,
  7. Towarzyszenie domowników przy śmierci.

Umieranie jest częścią życia. Kto się urodził, ten musi także umrzeć. Kto przyszedł na ten świat, ten też musi go opuścić. Życie jest bardzo związane ze śmiercią, a śmierć jest bliska życia. My wszyscy musimy umrzeć i stanąć przed sądem Chrystusowym. Aby nikt nie miał wątpliwości Apostoł święty Paweł przypomina nam: „Albowiem my WSZYSCY musimy stanąć przed sądem Chrystusowym, aby KAŻDY odebrał zapłatę za uczynki swoje, dokonane w ciele, dobre czy złe.” (2 Kor 5,10).

Stąd też Biblia naucza i przypomina nam, że krótkie jest nasze życie, że ono trwa przeciętnie zaledwie siedemdziesiąt lub osiemdziesiąt lat, że jest ono jak trawa lub piękny kwiat, który rośnie, cieszy serca ludzkie, a pod wieczór usycha. Biblia mówi: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz.” Taki jest los i przeznaczenie każdego człowieka. Ta bliskość życia i śmierci przyświecała zarówno autorowi średniowiecznej antyfony z XI wieku „Media vita in morte sumus”, do której ks. dr Marcin Luter napisał dwie zwrotki. Rozpoczyna się ona w polskim przekładzie od słów: ”W pośród życia, jednak wciąż śmiercią otoczeni…” i każda ze zwrotek kończy się słowami: „O, święty Boże nasz! O, święty Boże nasz! Święty i miłosierny Zbawco, wieczny Boże nasz! Nie daj w śmierci zginąć, ale łaską nas Swą darz! Kyrie eleison!” [ŚE 280]

Choć jeszcze żyjemy, to jednak już otoczeni jesteśmy śmiercią. Ona jest odwiecznym wrogiem każdego człowieka i nikt nie wie kiedy się z nią spotka oko w oko, kiedy ona odbierze nam to co mamy najcenniejszego na tym świecie – życie! A kiedy ona przyjdzie po nas, wtedy bezwarunkowo musimy odejść. Dokąd? Chrześcijanie za swym Panem odpowiadają: „Do domu Ojca!” (J 14,2), „Do wieczności!” Tam gdzie nie ma łez i płaczu, gdzie nie ma boleści i chorób, gdzie nie ma smutku, ani krzyku!” Idziemy tam gdzie wszystko jest nowym, innym, gdzie wszystko jest „totaliter alitertotalnie inne!”

A ponieważ ciało chrześcijanina jest, jak mówi Paweł Apostoł, „świątynią Ducha Świętego”, dlatego też od pierwszych wieków chrześcijaństwa było ono z największą godnością chowane w ziemi Bożej. Kiedy człowiek umierał, wtedy nad nim mówiono: „Odejdź duszo zbawiona…”, a ciało z największą godnością zostało składane w ziemi wraz z cytowanymi słowami: „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz!” Na pewno tej czynności towarzyszyły w ciągu wieków różne obrzędy, różne zwyczaje.

Moim zadaniem jest dzisiaj przedstawienie tych obrzędów w ciągu ostatnich 50 lat. Dzięki Bogu, że jeszcze pamięć mnie nie myli i że jeszcze pamiętam nie tylko to co było przed 50 laty mojej pracy w Kościele, ale także i to co było przedtem, a więc w czasach mojej młodości i dziecięctwa, czyli z przed około 64, 65 laty.

Te zwyczaje były różne w różnych dzielnicach Polski, czy w różnych diecezjach naszego Kościoła.

W Diecezji Katowickiej byłem i poznałem ją dokładnie przed moją ordynacją (1945-1960), która miała miejsce  w Chorzowie w dniu 2 października 1960 r, oraz od roku 1978 przez 25 lat mojej pracy duszpasterskiej w tejże Diecezji, a więc:  Mikołów, Tychy i Orzesze). Dlatego chciałbym przedstawić najpierw zwyczaje pogrzebowe Diecezji Katowickiej.

Jako dziecko 9-letnie pamiętam śmierć mojego dziadka w styczniu 1947 r. (ojca mojej mamy), jego umieranie i pogrzeb w Chorzowie. A więc za niedługo po śmierci, po stwierdzeniu zgonu przez lekarza, przyjechali panowie z Zakładu Pogrzebowego i pokój, w którym zmarły miał leżeć aż do dnia pogrzebu, obudowali ścianami z czarnego materiału, na środku z dużym haftowanym krzyżem. Na jego tle ustawiono trumnę z ciałem mojego dziadka, a po obu stronach duże świeczniki – kandelabry i krzewy (palmy). Wieczorem śpiewaliśmy pieśni, była modlitwa i czytanie Słowa Bożego.

W dniu pogrzebu o oznaczonej porze przyszedł nasz proboszcz ks. Robert Fiszkal ubrany w togę i białą komżę cieszyńską (wtedy na całym Górnym Śląsku zgodnie z rozporządzeniem Konsystorza księża nosili w Diecezji Katowickiej do roku 1952 komżę, czyli cieszyńską albę). Po odprawieniu czynności liturgicznych w domu, cały kondukt pogrzebowy wyruszył ulicami Chorzowa na kościoła im. Elżbiety, a potem na cmentarz, gdzie wszystko odbyło się wg Agendy II Królestwa Polskiego z roku 1891, jaka była wtedy w naszym Kościele używana.

Inne pogrzeby w Chorzowie: prowadzone były z kostnicy trzech szpitali chorzowskich, albo też w szczególnych przypadkach z kościoła Elżbiety, jak to jest dzisiaj. W Świętochłowicach wszystkie pogrzeby były prowadzone z kostnicy szpitalnej do kościoła, a potem jeszcze raz koło tejże kostnicy z kościoła na cmentarz. W Katowicach pogrzeby odbywały się zawsze z kaplicy cmentarnej, za wyjątkiem pogrzebu kuratora czy pastorowej, które rozpoczynały się w kościele Zmartwychwstania Pańskiego.

W Mikołowie pogrzeby rozpoczynały się w domu żałoby, kostnicy szpitalnej,najczęściej z kaplicy cmentarnej (z r.1900) do kościoła i na cmentarz. Nigdy zwłoki nie stały w kościele w Mikołowie i Orzeszu przed pogrzebem.

W Orzeszu pogrzeb rozpoczynał się zazwyczaj w domu, lub wychodził z kostnicy szpitalnej. Tak było jeszcze, gdy objąłem w roku 1978 parafię. Potem razem z niektórymi członkami Rady Parafialnej wpadłem na pomysł, aby małą tzw. „marownię” przerobić na kaplicę przedpogrzebową. Oburzenie parafian było wielkie. Wielu stwierdziło, że nigdy nie zgodzą się aby stamtąd chowano ich zmarłych. Moją odpowiedzią było: z tej kaplicy przedpogrzebowej będziemy chowali tylko tych, którzy będą sobie tego życzyli! W Parafii nastał spokój. Po jakimś czasie coraz więcej było pogrzebów z tej kaplicy. Dziś chyba wszystkie pogrzeby zostają wyprowadzane z kaplicy do kościoła i na cmentarz. Parafia stanowczo nie godziła się jednak aby zwłoki stały w kościele. Wyjątkiem był pogrzeb ś.p. ks. konseniora Jana Karpeckiego, gdzie jego zwłoki stały przed ołtarzem od soboty do niedzielnego popołudnia tzn. do nabożeństwa żałobnego o godzinie 15.00.

Zwyczajem tu ( w Orzeszu) ale i w innych parafiach, zwłaszcza wiejskich są tzw. „czuwania przy zmarłym” polegające na tym, że w domu żałoby lub kaplicy cmentarnej wieczorami lub wieczorem gromadzą się krewni i sąsiedzi aby przy zmarłym śpiewać pieśni żałobne, czytać Słowo Boże, nieraz było czytane rozmyślanie i zmawiana modlitwa. W Orzeszu przez wiele lat prowadziła takie modlitwy zmarła niedawno organistka ś.p. Edyta Mrozik.

Przez dwa lata i trzy miesiące w latach 1960-1963 pracowałem jako wikariusz diecezjalny najpierw u boku ks. seniora Alfreda Jaguckiego, zwierzchnika Diecezji Mazurskiej (1959-1963) z siedzibą w Szczytnie, a następnie samodzielnie w parafiach Dąbrówno, Lipowo i Glaznoty pod Grunwaldem. Tu wszystkie pogrzeby, a miałem pogrzeby także w Olsztynie i w Białymstoku, w Działdowie i w Ostródzie, w Nawiadach i w Ukcie, prowadzone były najczęściej z domu zmarłego, albo z kostnicy szpitalnej, lub z kaplicy cmentarnej. Nie odbywały się pogrzeby w kościołach, za wyjątkiem pogrzebów księży i kościelnych. Istniał dziwny zwyczaj pruski, jaki jeszcze istnieje w niektórych „landach” niemieckich, że ksiądz szedł nie przed trumną, lecz za trumną, a za nim szła rodzina. Według opowiadań, podobnież na Mazurach w dawnych czasach spłoszone konie wiozące trumnę wpadły na księdza i stratowały go. Stąd też nie było na początku konduktu pogrzebowego krzyża, jak to było w innych diecezjach polskich (czy nawet w Unijnym Kościele na Górnym Śląsku). Po II wojnie światowej nasi księża w miastach mazurskich wprowadzili jednak niesienie na początku konduktu pogrzebowego krucyfiksu.

Na Mazurach na wioskach pogrzeby wyruszały zazwyczaj z domu żałoby, w miastach z kostnicy lub kaplicy cmentarnej, ale wszędzie były znane „czuwania modlitewne

Nieco specyficzną była diecezja cieszyńska, do której zostałem posłany w styczniu 1963 i w której pracowałem do końca października 1978 r., a więc przez blisko 16 lat.

W owym czasie pogrzeby poza Cieszynem i Bielskiem rozpoczynały się zazwyczaj w domu zmarłego. Przedtem rodzina i sąsiedzi gromadzili się wieczorami w domach na „czuwaniu modlitewnym”, śpiewano pieśni, czytano Słowo Boże, nieraz czytano żałobne rozmyślanie albo też kazanie żałobne z Postylli ks. Samuela Dambrowskiego. Funkcje tę spełniali tzw. „czytocy” lub „śpiewocy”.

W dniu pogrzebu o oznaczonej porze konie z bryczką lub saniami, a potem już samochodem podjeżdżano pod plebanię aby przywieźć do domu żałoby proboszcza lub wikariusza, albo obydwu razem (bardzo często!). Gdy ksiądz przyjechał do domu żałoby „śpiewok”, czyli gdzie indziej by powiedziano „kantor”, wraz ze zgromadzonymi w domu i przed domem śpiewali pieśni. Nie zawsze te pieśni były starannie dobrane. W czasie jednego pogrzebu w Goleszowie gdyśmy przyjechali razem z ks. proboszczem Tadeuszem Terlikiem, ku naszemu zgorszeniu i zawstydzeniu śpiewano na pogrzebie sędziwej staruszki pieśń: „Pan zawołał sługę swego”, a więc pieśń z pogrzebu księdza.

Ktoś z rodziny kto witał u progu domu księży, wręczał każdemu księdzu i śpiewakowi dużą świecę ołtarzową, którą nieśli w kondukcie aż do złożenia zwłok do grobu. Stąd na wielu plebaniach było setki świec tzw. „gromnic”, które miały symbolizować słowo Pana Jezusa „Niechaj świece wasze będą zapalone!” Był to jakiś stary symboliczny zwyczaj, dość uciążliwy dla księży i śpiewaka, zwłaszcza w zimę i w lecie. Nie wiem kiedy ten zwyczaj zlikwidowano, gdyż coraz bardziej księża na to narzekali. W każdym bądź razie gdzieś po roku 1978. Uroczystość żałobna w domu rozpoczynała się od pieśni, następnie ksiądz pożegnał zmarłego odpowiednim słowem Psalmu, zmówił modlitwę i pobłogosławił: „Niech ci błogosławi Bóg Ojciec, który cię stworzył…” Trumnę wynoszono z domu i dotykano trzy razy o próg domu z słowami: „Z Bogiem”. Najczęściej czynili to mężczyźni z najbliższej rodziny lub otoczenia.

Sama Diecezja Cieszyńska też różniła się sama w sobie. W powiecie cieszyńskim ksiądz zakładał na pogrzebie, podobnie jak do wszystkich nabożeństw na togę białą komżę, która miała symbolizować nadzieję i radość z zmartwychwstania Pańskiego oraz nadzieję życia wiecznego. Tylko samobójców chowano w czarnej todze, często nawet w dawniejszych czasach pod płotem cmentarnym i kondukt nie wstępował do kościoła, nie dzwoniły dzwony. Później zrezygnowano z pochówku pod płotem i kondukt wstępował do kościoła, nabożeństwo miało jednak i ma po dzień dzisiejszy charakter pokutny, a ksiądz nie przywdziewa komży.

W powiecie bielskim ksiądz występował na pogrzebie tylko w todze, na czarno.

Dziś najczęściej zwłoki naszych zmarłych przechowywane są w chłodniach i przywożone do kościoła na godzinę przed rozpoczęciem uroczystości żałobnej. Każdy pogrzeb rozpoczyna się nabożeństwem żałobnym w kościele lub kaplicy cmentarnej, a następnie udaje się na cmentarz. W wielu parafiach Śląska Cieszyńskiego, jeśli ktoś umiera w domu, Wtedy ksiądz udaje się do domu zmarłego na tzw. „wyprowadzenie z domu”.

Istniała i poniekąd jeszcze istnieje w Diecezji Cieszyńskiej jedna osobliwość. Mianowicie, przy wypowiadaniu nad grobem tzw. „Funeralii” czyli przekazania zmarłego Bogu – jego duszy i ducha nieśmiertelnego, a ciała ziemi do ziemi Bożej, ksiądz mówi przy tym:„Ziemia ziemi, prochy prochom…”, wtedy na całym świecie, po za Śląskiem Cieszyńskim, ksiądz rzuca na trumnę piasek lub ziemię. Tego nie było w „cieszyńskiej” części Diecezji. Ksiądz wypowiadał tylko słowa bez znaku, którym jest ziemia lub piasek. Wprawdzie w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, około 1966 roku Diecezja Cieszyńska uzgodniła pewne tzw. „adiafory” (z greckiego: adiaphoros – „obojętny”, rzeczy obojętne), ale nie tylko. Dziś widzę po latach, że nie są te uzgodnienia praktykowane.

Jest też dziwne, jeśli dziś ksiądz chowa prochy w urnie i mówi: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”, skoro to ciało zostało obrócone w proch.

Dawniej nie chowało się urn, gdyż nie spalano zwłok, nie było krematoriów, wręcz przeciwnie, Polacy pamiętając na krematoria w obozach koncentracyjnych brzydzili się tą formą pogrzebu. Jakże wiele pod tym względem się zmieniło. Dziś nieraz częściej chowa się urny niż trumny. Dlatego Kościół powinien zmienić nieco ryt chowania urn. Przede wszystkim najpierw powinien się odbyć pogrzeb w kościele ze zwłokami zmarłego w trumnie , a potem można go wywieźć do krematorium celem spopielenia. Ksiądz powinien żegnać człowieka i błogosławić mu na ostatnią drogę, gdyż to on, zgodnie z nauką Pisma Świętego, był ”świątynią Ducha Świętego” [Czytaj: "Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży w was mieszka?" (1 Kor 3,16)] , a nie jego prochy. Przynajmniej tak było zawsze i jest po dzień dzisiejszy na Zaolziu w Republice Czeskiej: najpierw jest nabożeństwo żałobne w kościele lub w kaplicy i pożegnanie zmarłego spoczywającego w trumnie. Dopiero z kościoła trumna jedzie ze zwłokami do krematorium i potem dopiero następuje złożenie urny na cmentarzu lub w specjalnych kolumbariach (także i w kościele, np. Ostrawa, a Dortmundzie cały stary kościół przeznaczony jest jako kolumbarium na składanie urn z prochami zmarłych!) odbywa się w małym gronie rodzinnym lub przyjaciół. Istnieje także i taka możliwość, że tuż przed z kremowaniem zwłok ksiądz udaje się do krematorium i tam w kaplicy przedpogrzebowej odprawia nabożeństwo żałobne w nieco skróconej formie, a następnie zwłoki odjeżdżają do kremacji.

U nas w Polsce zaczyna się kształtować dziwny zwyczaj: ktoś umiera, nie ma żadnego pożegnania ani błogosławieństwa, wywozi się go z domu lub szpitala bez modlitwy i bez błogosławieństwa prosto do krematorium, a potem przywozi się do kościoła tylko urnę z prochami. Dla mnie jest to przykry rozdźwięk.

W ubiegłym roku chowałem w Cieszynie 60-letniego magistra teologii ewangelickiej, który umarł w szpitalu i który sobie życzył być skremowany. Jednak na życzenie rodziny przed wyjazdem do krematorium do Ostrawy, odbyło się w gronie najbliższych w kostnicy szpitalnej Szpitala Śląskiego w Cieszynie modlitewne pożegnanie, a więc pieśń, stosowna modlitwa, Modlitwa Pańska i błogosławieństwo, a po południu nabożeństwo żałobne w kościele Jezusowym z urną, następnie na cmentarzu ewangelickim złożenie urny do grobu rodzinnego. Jeszcze raz mocno pragnę podkreślić, że ksiądz powinien błogosławić zwłoki człowieka, a nie popiół. To powinniśmy przekazywać nieustannie naszym współwyznawcom.

Zgodnie ze starożytnym zwyczajem na Śląsku Cieszyńskim po 6 tygodniach odbywa się w kościele wspomnienie zmarłego. Skąd się to wzięło?

Otóż w starożytnym i średniowiecznym Kościele modlono się za umarłych nie tylko w rocznicę zgonu lub pogrzebu, ale też na 30 czy 40 dzień po śmierci lub pogrzebie. Coś z tego zwyczaju pozostało w Kościele Luterańskim, zwłaszcza na Śląsku Cieszyńskim, ale też na Górnym Śląsku, czy w Warszawie.

W tym miejscu należałoby się zapytać, sięgając do wczesnych zwyczajów pogrzebowych, czy luteranin powinien modlić się za umarłych? Jak ta sprawa jest postawiona w naszym Kościele? Czy luteranin może modlić się za umarłych?

Odpowiedzią na to pytanie, pragnę zakończyć moje wystąpienie.

W Biblii nie ma takiego zakazu, ani nakazu. Natomiast w jednej w niekanonicznych ksiąg biblijnych, które nie weszły do protestanckiego kanonu Biblii, ale o których ks. dr Marcin Luter powiada, że można je z pożytkiem czytać, które były w ewangelickich wydaniach Biblii i dzisiaj znowu do nich wracają jako „dodatek” jest tam na ten temat jasna wypowiedz.

Mianowicie czytamy w Księdze Machabejskiej w rozdziale 2 i w wierszach 12, oraz od 43 do 46 takie słowa:

A tak świętą i zbawienną jest rzeczą modlić się za umarłych, aby byli od grzechów rozwiązani.”

Słowa te poprzedza tekst, który mówi o dzielnym mężu imieniem Judas, który zarządził składkę, aby za te pieniądze złożono ofiarę w Jerozolimie za grzechy zmarłych, którzy zginęli na wojnie, nie porzucając jednocześnie myśli i nadziei o ich zmartwychwstaniu.

Kościół katolicki uznał, że taką ofiarą za grzechy żywych, ale i umarłych jest Eucharystia – Wieczerza Pańska, którą w sposób bezkrwawy składa kapłan we mszy świętej.

Tego właśnie nie zaakceptowała, ale wręcz odrzuciła Reformacja XVI wieku.

Z tych względów tej sprawie jasno i wyraźnie poświęcono artykuł w Apologii Konfesji Augsburskiej, czyli w Obronie Wyznania Augsburskiego, artykuł „O mszy za umarłych” (polskie wydanie str. 311). Są tu zawarte słowa, które z punktu widzenia luterańskiego problem zupełnie rozwiązują:

… scimus veteres loqui de oratione pro mortuis…”, co znaczy po polsku: „To wiemy, że dawni autorowie mówią o modlitwie za umarłych, KTÓREJ NIE ZAKAZUJEMY, lecz nie godzimy się na odprawianie Wieczerzy Pańskiej ZA umarłych na podstawie samego jej dokonania (ex opere operato)”.

Wśród naszych wiernych istnieje nieraz pewne nieporozumienie dotyczące modlitwy za umarłych. Coś innego bowiem jest modlić się za umarłych, a coś innego sprawować mszę jako ofiarę przebłagalną z Ciała i Krwi Pańskiej za dusze umarłych.

Luteranizm powiada więc: jest dozwolone modlić się za umarłych i jest niedozwolone za nich składać we mszy świętej ofiarę z Ciała i Krwi Pańskiej. Jest tu wielka różnica pomiędzy jednym a drugim

Dlaczego miałbym jednak zapomnieć w modlitwie zarówno dziękczynnej, jak i błagalnej o kimś kto był mi drogi i bliski, kogo kochałem, kto tak wiele w życiu uczynił dla mnie. Dlaczego miałbym w modlitwie zapomnieć o tych, którzy nagle odeszli z tego świata, którzy zginęli w wypadkach i katastrofach? Jeśli za nich modliłem się gdy żyli, dlaczego miałbym o nich zapomnieć, gdy z tego świata już odeszli? Tym bardziej jeśli księgi wyznaniowe luteranizmu, które są dla nas „kluczem” do lepszego zrozumienia Pisma Świętego, tego nam nie zakazują?

Księgi wyznaniowe luteranizmu zakazują po prostu nie modlitwy za umarłych, lecz składania za nich ofiary mszy św. Dlatego luteranie nie powinni pozwalać, aby za nich po ich śmierci, lub za innych umarłych luteran odprawiano katolicką mszę św. Bo taka myśl jest obca duchowi luterańskiemu, gdyż jedyna ofiarę, która nigdy nie może być powtórzona w sposób bezkrwawy, jest krwawa ofiara Pana Jezusa na krzyżu Golgoty za nasze grzechy. Kto tę ofiarę za życia przyjmował, ten i po śmierci będzie zbawiony, jak mówi Apostoł Paweł do zboru w Tesalonikach: „A nie chcemy, bracia, abyście byli w niepewności co do tych, którzy zasnęli, abyście się nie smucili, jak drudzy, którzy nie mają nadziei.” (1 Ts 4,13) Co do tych, którzy zasnęli we wierze mamy pewność ich zbawienia.

Natomiast ofiara, którą Pan Jezus złożył na krzyżu Golgoty jest ofiarą za żywych i dla żywych. Dlatego luteranizm nawet nie wyklucza w czasie pogrzebu sprawowania Komunii Świętej dla żywych, dla tych, którzy pozostali, którzy są zasmuceni, którzy potrzebują umocnienia i pocieszenia.

Dwaj wielcy luteranie, którzy żyli na przełomie XX i XXI wieku, a więc w naszych czasach, których dobrze znałem jakieś 25 lat, mieli właśnie to pragnienie, aby w czasie ich pogrzebów, odbyła się Eucharystia dla ich rodzin, wokół ich trumien. Mieli to życzenie aby „Kościół ziemski” połączył się z „Kościołem niebiańskim” w wielkim uwielbieniu majestatu Bożego: „Święty, święty, święty…”

Byli to: ks. biskup prof. dr Joachim Heubach (zmarł 29 X 2000 r. w Fissau / Eutin), biskup Krajowego Kościoła Ewangelicko – Luterańskiego w Schaumburg-Lippe, a zarazem długoletni przewodniczący Luterańskiej Konferencji Liturgicznej Niemiec i później prezydent Martin-Luther-Bund (Związku Marcina Lutra) w Erlangen, oraz ks. biskup prof. dr Christian Zippert (zmarł 15 VIII 2007 r. w Marburgu), członek i „starszy” Bractwa Archanioła Michała (Michaelsbruderschaft”), długoletni członek Luterańskiej Konferencji Liturgicznej Niemiec i biskup Ewangelicko – Unijnego Kościoła Krajowego w Kassel.

Tak wspominała małżonka biskupa Joachima Heubacha, pani Hildegarda Heubach w liście m.in. i do mnie z dnia 12 grudnia 2000 r. o pogrzebie swego męża:

„ … Było to piękne nabożeństwo (pogrzebowe), które mogliśmy przeżyć w Eutin w kościele św. Michała. Wielkie zgromadzenie zborowe, które jeszcze raz razem z nami świętowało Wieczerzę Świętą, podczas której trumna z Achimem stała w centrum. Taka bowiem była suma jego nauki…” Tego życzył sobie Biskup w swoim testamencie, gdyż „Ciało i Krew Jezusa Chrystusa strzeże nas do życia wiecznego.”

A o pogrzebie biskupa Christiana Zipperta czytamy, że odbył się w niedzielę, dnia 19 sierpnia 2007 r. w ogromnym kościele św. Elżbiety w Marburgu i zgodnie z jego testamentem żona rodem z Katowic, dzieci i rodzina, oraz wielu przyjaciół i wiernych przystąpiło w czasie pogrzebu do Komunii Świętej.

Tak więc Sakrament Ołtarza sprawowany w Kościele Luterańskim w czasie pogrzebu jest posileniem dla zasmuconych, a nie ofiarą za zmarłego. Tu teologia luterańska i katolicka różnią się zasadniczo.

Komunii Św. jako posilenia dla żywych Kościół nasz nie odmawia pozostałej rodzinie. Dlatego też przy wspomnieniach umarłych po 40 dniach (6 tygodniach), po roku lub po roku liczonym od 6 tygodni po pogrzebie, czyli roku i 6 tygodniach, często wspominający swoich zmarłych dla swego posilenia duchowego przystępują do Sakramentu Ołtarza.

Także w naszych Agendach pogrzebowych i śpiewnikach kościelnych [ŚE 901-955} znajduje się wiele modlitw i pieśni za tych, którzy odeszli. Są to niekiedy modlitwy dziękczynne za ich życie, ale też i modlitwy przyczynne o ich zbawienie.

Wspomnijcie wraz w swych modłach nas, przed Panem chcemy wspomnieć was”. [ŚE 955]

(Referat wygłoszony na konferencji – rekolekcjach księży Diecezji Katowickiej w roku 2011)

 

ZMARŁ Ś.P. KAROL RUDOLF SMYCZEK (78)

01 kwi

W Wielki Poniedziałek, dnia 25 marca 2013 r. o godzinie 20.50 w szpitalu w Kassel (Niemcy) zmarł po długiej i ciężkiej chorobie ś.p. Karol Rudolf SMYCZEK pochodzący z Orzesza (diecezja katowicka).

Zmarły urodził się, dnia 14 marca 1935 r. w Łaziskach Średnich, jako syn Edwarda i Gertrudy z domu Cyroń. Był ochrzczony i konfirmowany w kościele ewangelickim św. Jana w Mikołowie.

W Mikołowie w okresie międzywojennym jego ojciec ś.p. Edward Smyczek (zmarł w sędziwym wieku 26.07.1993 r.) był czynnym członkiem Towarzystwa Polaków Ewangelików na Górnym Śląsku, a zaraz po zakończeniu II wojny światowej, gdy nie było jeszcze księdza, żegnał Słowem Bożym i modlitwą tych, którzy odchodzili do wieczności.

Ś.p. Karol Rudolf Smyczek pochodził z wielodzietnej rodziny (5 dzieci) z Łazisk Średnich, z której w tej chwili żyje tylko siostra w Łaziskach Średnich i brat w Niemczech.

Państwo Eleonora i Karol Rudolf Smyczkowie w dniu 50 rocznicy ślubu w Vellmar

Państwo Eleonora i Karol Rudolf Smyczkowie w dniu 50 rocznicy ślubu w Vellmar

W dniu 17 września 1961 r. Karol Rudolf Smyczek zawarł święty związek małżeński z Eleonorą Habraszka w kościele Świętego Ducha w Orzeszu. Związek ten pobłogosławił przebywający na Śląsku na urlopie ks. Jan Gross, ówczesny wikariusz diecezjalny Diecezji Mazurskiej w Szczytnie w obecności ówczesnego praktykanta parafialnego studenta V roku studiów teologicznych Manfreda Uglorza (obecnie emerytowany profesor zwyczajny Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie i Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach i Cieszynie). W małżeństwie tym urodziło się dwoje dzieci: córka mgr Violetta Paroth z domu Smyczek, oraz Marcin Smyczek właściciel Auto-Service w Solingen.

Pan Bóg pozwolił im doczekać jubileuszu 50-lecia ślubu, który to jubileusz Jubilaci obchodzili we wrześniu 2011 r. (zdjęcie powyżej)

Ś.p. Karol Rudolf Smyczek aż do emerytury, przez długie lata, pracował jako sztygar w Kopalni Węgla Kamiennego „Bolesław Śmiały” w Łaziskach Średnich, dzielnicy Łazisk Górnych. Co najmniej jedną kadencję Zmarły był członkiem Rady Parafialnej Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Orzeszu. Jego żona Eleonora była kierownikiem Wydziału Finansowego Urzędu Miasta Orzesza. Niezależnie od tego przez blisko 10 lat honorowo pracowała jako organistka kościoła św. Jana w Mikołowie (1979-1988), dokąd każdej niedzieli i w każde święto oboje małżonkowie przybywali z Orzesza.

Ze względów rodzinnych państwo Smyczkowie w roku 1988 wyjechali do Niemiec i osiedlili się blisko córki, zięcia i wnuczek w Vellmar. Gdy jednak granice zostały otwarte często przyjeżdżali do domu, na ojcowiznę, do Ojczyzny, do pozostałej rodziny i do przyjaciół.

Toteż życzeniem Zmarłego było być pochowanym na cmentarzu w Orzeszu i aby kazanie na jego pogrzebie wygłosił ksiądz, który przed blisko 52 laty błogosławił ich wspólną drogę w czasie ślubu, i z którym współpracowali zarówno w Orzeszu jak i w Mikołowie.

Spełniając to życzenie, pogrzeb jego z udziałem miejscowego proboszcza księdza radcy Henryka Reske i emerytowanego proboszcza (w latach 1978-1995)  księdza Jana Grossa odbędzie się w piątek, dnia 5 kwietnia 2013 r. o godzinie 12.00 w kościele ewangelicko- augsburskim Świętego Ducha w Orzeszu, a jego ciało zostanie złożone do grobu na cmentarzu okalającym orzeski  kościół ewangelicki.

Nie mamy tu miasta trwałego,

ale tego przyszłego szukamy.

(Hbr 13,14)

KAZANIE PODCZAS POGRZEBU

ś.p. Karola Rudolfa SMYCZKA (78)

(kościół  Ducha Świętego w Orzeszu, dnia 5 kwietnia 2013 r. godz. 12.00)

Łaska wam i pokój od (…) Jezusa Chrystusa, który jest świadkiem wiernym, pierworodnym  z umarłych i władcą nad królami ziemskimi. Jemu, który miłuje nas i który wyzwolił nas z grzechów naszych przez krew swoją, i uczynił nas rodem królewskim, kapłanami Boga i Ojca swego, niech będzie chwała i moc na wieki wieków. Amen. (Obj. 1, 4.5.6)

Tekst kazalny – Hbr 13,14:

Nie mamy tu miasta trwałego, ale tego przyszłego  szukamy.

Bogu Wszechmogącemu, Panu życia i śmierci upodobało się odwołać z doczesności do wieczności w Klinice w Kassel, w Niemczech, w Wielki Poniedziałek dnia 25. marca 2013 r. w godzinach wieczornych (g. 20.50) śp. Karola Rudolfa Smyczka. Zmarły był synem Edwarda i Gertrudy z d. Cyroń, ur. 14. marca 1935 r. w Łaziskach Średnich. Przeżył więc 78 lat. Był żonaty z Eleonorą z d. Habraszka, z którą zawarł święty związek małżeński dnia 17 września 1961 r. w kościele Św. Ducha w Orzeszu. W małżeństwie przeżył więc ponad 51 lat.

Był emerytowanym  górnikiem – sztygarem KWK Bolesław Śmiały w Łaziskach Górnych.

Od roku 1988 razem z żoną zamieszkiwał w Niemczech.

Pozostawił: żonę, córkę, syna, synową, zięcia, 4 wnuczki i 1 wnuka, siostrę, brata, 2 bratowe, grono pozostałych krewnych, przyjaciół, sąsiadów (dawnych i obecnych), liczne grono znajomych w Polsce i w Niemczech.

+++

Droga zasmucona rodzino: wdowo i dzieci z rodzinami; droga siostro Zmarłego z rodziną, drodzy bliżsi i dalsi krewni. Drodzy żałobni słuchacze: bracia i siostry w Panu!

Nie chce się wierzyć, że to już przeszło 51 lat minęło, gdy w tym kościele zupełnie przypadkowo w zastępstwie waszego proboszcza, droga wdowo, błogosławiłem wasz  święty związek małżeński. Był to   drugi ślub błogosławiony przez młodego księdza, który był dopiero rok po ordynacji. Wtedy nawet nie pomyślałem, że za 17 lat zostanę tu proboszczem administratorem i że przez równe 17 lat będę waszym duszpasterzem. Wtedy was, drodzy zasmuceni miałem tu jako dobrych przyjaciół, którzy gdy tylko trzeba było jakiejkolwiek pomocy, mogłem zawsze na was i na wielu innych liczyć. A taka wielka potrzeba zrodziła się w parafii mikołowskiej, w której byłem proboszczem. Gdy zabrakło organisty, wtedy ty, droga wdowo, zgodziłaś się przejąć te obowiązki honorowo, a twój zmarły mąż zgodził się dowozić ciebie do Mikołowa na każde niedzielne i świąteczne nabożeństwo, a nieraz i na pogrzeby, i śluby. To było wielkie poświęcenie z waszej strony. Toteż gdy was zabrakło, gdy postanowiliście wyjechać za  granicę za waszymi dziećmi, wtedy nie tylko wasi najbliżsi, wasi przyjaciele, ale także parafia w Mikołowie odczuła wielką stratę. Alei wtedy nie zerwaliśmy kontaktów, lecz jak dotąd  pielęgnowaliśmy je przez wzajemne odwiedziny. Dzisiaj ś.p. Karol Rudolf Smyczek przybył tu do tego swojego kościoła aby już nigdy tego miasta nie opuścić. Tutaj pozostanie na zawsze. Taka była jego i wasza decyzja. Oboje razem wiedzieliście bowiem, że tam nie jest wasza Ojczyzna, ani wasza ojcowizna, ani wasz dom, chociaż Biblia mówi, że „Pańska jest ziemia.” zarówno u nas w Polsce, jak i w Niemczech, czy w Szwajcarii, czy w Szwecji i gdzie indziej. Niemniej zmarły nasz wyglądając przez okno mówił do ciebie, droga wdowo, że mu się wydaje, iż jest na urlopie, na wczasach i że po nich powróci do domu, tu do Orzesza. I powrócił!

Wiedząc o tym na jego pogrzeb nie wybierałem specjalnego tekstu biblijnego. Przeczytałem przed chwilą z Biblii słowo, które jest ekumenicznym hasłem tego roku:

Nie mamy tu miasta trwałego, ale tego przyszłego  szukamy.”

My ludzie tej ziemi często poszukujemy swego domu, miejsca pobytu, bo każdy chce aby mu lepiej było. Ale Słowo Boże powiada, że nigdzie na tej ziemi „nie mamy miasta trwałego.” Wszystko co jest na tej ziemi jest nietrwałe i przemijające. Mąż Boży Starego Testamentu jakby zrezygnowany ze wszystkiego co ziemskie woła: „Marność nad marnościami, wszystko marność.” (Kzn 1,2) Dalej Kaznodzieja Salomonowy dodaje: „Pokolenie odchodzi i pokolenie przychodzi, ale ziemia trwa na wieki.” Podobnie mówi Autor listu do Hebrajczyków: ”Nie mamy tu miasta trwałego”. O tym wiedział nasz zmarły brat i dlatego szukał „tego co przyszłe” w Słowie Bożym, w kościele w nabożeństwach, których był stałym uczestnikiem, w Sakramencie Ołtarza. On znał te słowa Apostoła świętego Pawła, które tak na czasie są w tym okresie wielkanocnym: „A tak, jeśliście wzbudzeni z Chrystusem, tego co w górze szukajcie, gdzie siedzi Chrystus po prawicy Bożej; O tym, co w górze, myślcie, nie o tym, co na ziemi. Umarliście bowiem, a życie wasze jest ukryte wraz z Chrystusem w Bogu; Gdy się Chrystus, który życiem naszym okaże, wtedy się i wy okażecie razem z Nim w chwale.” (Kol 3,1-3)

Drodzy bracia i siostry! Drodzy żałobni słuchacze. Pismo Święte mówi, że każdy człowiek musi się na nowo narodzić, nieraz mówi, że się musi nawrócić, odrodzić, a tu jest powiedziane, że musi „wzbudzić się z Chrystusem”. To jest ta tajemnica chrześcijanina i chrześcijaństwa. Inaczej powiedziawszy: człowiek musi  przestać ciągle szukać tego co ziemskie, co przemijające, a w tym ziemskim bycie rozpocząć szukanie tego co przyszłe, tego co wieczne. Jeszcze inaczej powiedziane: „szukać Chrystusa!” Czytana w naszych kościołach piękna, barwna i głęboka historia dwóch uczniów idących z Jerozolimy do Emaus jeszcze raz nam tę prawdę potwierdza. Dopóki szli sami, dopóki patrzeli tylko w grób, dopóki wspominali tylko przeszłość byli smutni. Ale gdy na tej wielkiej drodze wiodącej z cmentarza spotkali Jezusa i wtopili się w Jego naukę, w Jego nauczanie, wtedy ich serca najpierw zaczęły pałać miłością do Jezusa, a następnie gdy Go rozpoznali, pocieszeni z radością wrócili do Jerozolimy aby tam zwiastować Jezusa  zmartwychwstałego i te wartości, które nie przemijają, które są wieczne.

Moi kochani! Cóż więcej mógłbym wam powiedzieć w tym waszym kościele, na tym najmilszym dla was miejscu tu w Orzeszu nad trumną twojego drogiego męża, z którym w szczęśliwym małżeństwie przeżyłaś  droga wdowo ponad 51 lat? Co mógłbym więcej powiedzieć wam dzieci i wnuczęta, których tak bardzo kochał, że nigdy na was nie podniósł ręki?  Co mógłbym tobie siostro i nieobecnemu bratu wraz z rodzinami więcej powiedzieć ponad to co ze Słowa Bożego dziś wydobyliśmy? Mogę wam tylko życzyć abyście, jak on, szukali w Słowie Bożym, w Sakramencie, w modlitwie i pieśni tego co w górze, gdzie jest Chrystus, co wieczne, co nie ginie, jak tu na ziemi ginie człowiek. Mogę wam, drodzy żałobni słuchacze Słowa Bożego, ale i sobie  życzyć tego abyśmy sobie uświadomili, że „nie mamy tu miasta trwałego, ale szukali tego przyszłego.” Mogę wam i sobie życzyć abyśmy istotnie szukali i znaleźli tego co wieczne i tego, który jest wieczny – Jezusa Chrystusa.

Wśród naszych głębokich pieśni pogrzebowych znajdujących się w naszych obydwu śpiewnikach jest pieśń księdza Wilhelma Raschke z XIX wieku, w której bystrzycki proboszcz mówi najpierw: „Tu na ziemi mam mieszkanie”, a potem stwierdza, że nie, „dalej, dalej się dostanę”. W drugiej zwrotce mówi: „W grobie będę miał mieszkanie”, ale dochodzi do wniosku, że kiedyś i „mogiła się zapadnie”. I wreszcie w trzeciej zwrotce mówi: ”W niebie będzie me mieszkanie…”  i konkluduje: ”Tam już błogi pokój gości, tam przybytek jest radości! Kiedy tam się raz dostanę, już na wieki pozostanę.

I takiej świadomości, takiej wiary, takiego przekonania życzę nam wszystkim nad trumną naszego drogiego brata w Chrystusie, waszego męża, ojca, teścia, dziadka, brata i wujka.

Nasz zmarły brat ś.p. Karol Rudolf Smyczek z wiarą i cierpliwością, choć w wielkim cierpieniu ostatnich miesięcy przeszedł na początku Wielkiego Tygodnia z „doliny cienia śmierci” do trwałego miasta, w którym „błogi pokój gości”, gdzie „przybytek jest radości”. My jeszcze tu pozostajemy, za chwilę odejdziemy od jego trumny i od jego grobu, bo życie nas wola  do działania, do pracy. Nie wiemy jak długo to nasze życie  będzie trwać, to jednak poświęćmy je nie tylko na pracę, nad szukaniem tego co doczesne, ale zgodnie z tym hasłem tego 2013 roku, szukajmy tego co przed nami, co przyszłe i co wieczne.

Kończąc to pożegnanie naszego brata nie mógłbym jeszcze jednego nie powiedzieć. Gdy przed laty tu byłem proboszczem, nasz brat był, wraz z innymi parafianami, członkiem Rady Parafialnej tutejszej Parafii.

Za ten okres pracy parafialnej, pragnę ci drogi bracie serdecznie podziękować. Pragnę podziękować za mądre wypowiedzi i rady, za konstruktywną i zgodną współpracę.

”Bóg zapłać!” za wszystko! AMEN.