Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl
RSS
 

Archiwum kategorii ‘Opracowanie’

W POLSCE POWSTAŁ NOWY KOŚCIÓŁ STAROKATOLICKI

21 wrz

Na skutek wewnętrznych konfliktów w Kościele Polskokatolickim w RP w roku 1995, usamodzielniła się Parafia p.w. Dobrego Pasterza w Warszawie ul. Modlińska 205A, która stworzyła zaczątek Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego w RP (PNKK w RP), jaki był przed II wojną światową w Polsce, zorganizowany wówczas na skutek misji w Polsce Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie (PNKK), którego organizatorem był ks. biskup Franciszek Hodur (1866-1953), który otrzymał sukcesję apostolską biskupów w Utrechcie (NL).

Początkowo na czele tego współcześnie nam nowego Kościoła (1995) w Polsce stanął ks. kanonik mgr Tomasz Rybka (47) proboszcz Parafii p.w. Dobrego Pasterza, jako Administrator PNKK w RP.

Synod PNKK w RP w dniu 11 sierpnia 2013 r. wybrał urodzonego w roku 1938 ks. prałata Jerzego Rybkę (ojca ks. kanonika Tomasza Rybki) na urząd Biskupa PNKK w Rzeczypospolitej Polskiej, który zgodnie z uchwałą Synodu Ogólnopolskiego przyjął święcenia biskupie z rąk biskupów Narodowych Kościołów Katolickich skupianych w Światowej Radzie Narodowych Kościołów Katolickich, niezależnych od Unii Utrechckiej Kościołów Starokatolickich. Ks. biskup elekt Jerzy Rybka, który przyjął święcenia prezbiteratu w Kościele Polskokatolickim w roku 1970,  został konsekrowany na biskupa w niedzielę, dnia 15 września 2013 r. w Nitrze (Słowacja) przez następujących biskupów: abp dr Augustín Bačinský (Kościół Starokatolicki na Słowacji), abp António José da Costa Raposo (Apostolski Episkopalny Kościół Portugalii) oraz bp Leonardo Beg (Starokatolicki Generalny Wikariat św. Metodego na Chorwacji).

Konsekracja odbyła się w wynajętym specjalnie na ten cel kościele ewangelicko – reformowanym w Nitrze (Słowacja). Przybyło wielu starokatolickich wiernych ze Słowacji i z Polski. Ks. biskup elekt Jerzy Rybka przyjął katolicką sukcesję apostolską nie związaną z Utrechtem (NL), ani Scranton – Pensylwania (USA).

Nowy Kościół Narodowy w Polsce należy do Światowej Rady Narodowych Kościołów Katolickich, na czele której stoi ks. arcybiskup António José da Costa Raposo z Portugalii, a sekretarzem jej jest ks. arcybiskup dr Augustín Bačinský z Nitry (Słowacja).

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

W ten sposób w Polsce aktualnie istnieje 5 Kościołów pochodzenia starokatolickiego:

  1. Kościół Polskokatolicki w RP [Zwierzchnik: ks. biskup prof. dr hab. Wiktor Wysoczański (74)]
  2. Kościół Starokatolicki Mariawitów w RP [Zwierzchnik: ks. biskup naczelny Michał Remigiusz Maria Ludwik Jabłoński (63)]
  3. Kościół Katolicki Mariawitów w RP (Zwierzchniczka: siostra biskupka Damiana Maria Beatrycze Szulgowicz)
  4. Kościół Starokatolicki w RP [Zwierzchnik: ks. biskup Marek Jan Kordzik (58)]
  5. Polski Narodowy Kościół Katolicki w RP [Zwierzchnik: ks. biskup Jerzy Rybka (75)]

Kościoły członkowskie Światowej Rady Narodowych Kościołów Katolickich to:

Starokatolickie Kościoły członkowskie Unii Utrechckiej:

 

W TYM ZNAKU ZWYCIĘŻYSZ – IN HOC SIGNO VINCES

19 wrz

IN HOC SIGNO VINCES – W TYM ZNAKU ZWYCIĘŻYSZ

Łacińskie słowa: „In hoc signo vinces”, które po polsku znaczą: „W tym znaku zwyciężysz!jakie pod błyszczącym krzyżem miały się ukazać, według starożytnej legendy, Konstantynowi Wielkiemu w czasie marszu na Rzym tuż przed stoczeniem bitwy z Maksencjuszem przy tzw. Moście Mulwijskim w roku 312, zadecydowały, że dokładnie przed 1700 laty, w roku 313 po Chrystusie, Konstantyn Wielki w Mediolanie wydał tzw. „edykt mediolański”, który przyznawał chrześcijaństwu zupełną wolność. Chrześcijaństwo stało się religia panującą, a Konstantyn Wielki na łożu śmierci przyjął chrzest.

Znak krzyża ma w chrześcijaństwie wielkie znaczenie. Apostoł Paweł pisze: ”Mowa o krzyżu jest głupstwem dla tych, którzy giną, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą.” (1 Kor 1,18) Dlatego dla zbawionych przez Jezusa Chrystusa zwiastowanie o krzyżu jest podstawowym nauczaniem: „My zwiastujemy Chrystusa ukrzyżowanego, dla Żydów wprawdzie zgorszenie, a dla pogan głupstwo.” (1 Kor 1,23).

Stąd dla Marcina Lutra, jako wiernego ucznia ap. Pawła i św. Augustyna, najważniejszą teologią była „teologia krzyża” – (łac. theologia crucis). Chrześcijanin, luteranin ze znakiem krzyża spotyka już w zaraniu życia podczas chrztu świętego, gdy ksiądz  mówi do niego czyniąc znak krzyża świętego: „Przyjmij znak krzyża świętego, + bo w krzyżu Chrystusa jest zbawienie twoje.” (Agenda Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego [Luterańskiego] część II, tom 1, strona 22) lub według poprzedniej Agendy: „Przyjmij znak Krzyża świętego na czole (+) i na piersiach (+)”. (Agenda Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego czyli Ewangelicko – Luterskiego, strona 283). Taki jest nasz początek, początek z krzyżem.

A co potem? I tu spotykamy się z pytaniem, które postawiono na stronach internetowych: (http://www.forum.konfesyjni.pl/viewtopic.php?t=1349&p=17701#p17701http://www.forum.konfesyjni.pl/viewtopic.php?t=1349&p=17701#p17701 )

„Czy ewangelik może się żegnać znakiem krzyża świętego i jak, jakim krzyżem, kiedy?”

Na ten temat czytamy w Historii Kościoła:

Historia znaku krzyża sięga aż do Tertuliana, jednego z wczesnych ojców kościoła, żyjącego w latach 160 – 220 n.e. Tertulian napisał, że w pierwszych wiekach chrześcijanie wszystko rozpoczynali od znaku krzyża. Gdy wychodzili ze swych domów lub do nich wracali, błogosławili się. Budząc się rano czy kładąc się na spoczynek wieczorem z wielką czcią wykonywali znak krzyża.

(…) Angielscy reformatorzy wierzyli, że użycie znaku krzyża powinno pozostać w gestii indywidualnego wyboru, jak napisano w modlitewniku króla Edwarda VI. „… klękanie, żegnanie się, składanie rąk, uderzanie się w piersi i innych gestów można używać, lub nie, ponieważ nabożność każdego człowieka służy bez winy”

Znaku krzyża świętego na czole i piersiach używa się zarówno w Kościele Zachodnim, jak i Wschodnim. Na ten temat czytamy w internetowej Wikipedii (http://pl.wikipedia.org/wiki/Znak_krzy%C5%BCahttp://pl.wikipedia.org/wiki/Znak_krzy%C5%BCa ) następująco: „Znak krzyża w Kościele rzymskim i w Kościele ewangelicko-augsburskim (luterańskim)

Duży znak krzyża w Kościele katolickim i w kościołach ewangelicko – luterańskich wygląda następująco: prawą ręką, z wyprostowanymi palcami (symbolika 5 ran Chrystusa) kreśli się linię od czoła (wypowiadając w tym czasie słowa „w imię Ojca”) do serca („i Syna”), później od lewego („i Ducha”) i do prawego ramienia („Świętego”).

Mały znak krzyża polega na nakreśleniu na ciele (zwykle kciukiem prawej ręki) trzech krzyżyków: na głowie, ustach i sercu. Wyraża on gotowość do rozumienia, głoszenia i realizowania w życiu Słowa Bożego.

Znak krzyża w Kościele prawosławnym i w Kościołach wschodnich

Znak krzyża w Kościele prawosławnym i Kościołach wschodnich  wykonuje się prawą dłonią ze złączonymi 3 palcami: kciukiem, wskazującym i środkowym (symbolika Trójcy Świętej), a 2 pozostałe są schowane (symbol dwóch natur Jezusa). Znak krzyża kreśli się od czoła („w imię „) do górnej części brzucha („Ojca „) a potem do prawego („i Syna”) i lewego ramienia („i Ducha Świętego”).

Przed reformą Nikona rosyjscy prawosławni czynili znak krzyża tylko przy pomocy palca wskazującego i środkowego, krzyżując je. Tę formę do dzisiaj zachowali staroobrzędowcy.” Krzyż „prawosławny” ie posiada figury Pana Jezusa ale ikonę naklejoną lub namalowana na krzyżu.

Znak krzyża w Kościele ewangelicko-augsburskim (luterańskim)

Reformator ks. dr Marcin Luter zachował w Kościele luterańskim znak krzyża świętego jako że był gorliwym wyznawcą „teologii krzyża”. Reformacja nie walczyła ze znakami (łac. signo), bo i Jezus używał wielu znaków zwiastując Ewangelię i lecząc chorych. Reformacja walczyła jedynie z zabobonami (patrz: „Porządek Kościelny Wacława Adama”). Nie można powiedzieć aby znak krzyża był zabobonem, jeżeli nie wiąże się z nim zabobonów.

Jest pewne, że Marcin Luter i wszyscy ówcześni “luteranie” przed 500 laty, zawsze się żegnali przed i po modlitwie.

Przecież nie kto inny jak właśnie ks. dr Marcin Luter napisał w podstawowej księdze symbolicznej dla dzieci i nauczycieli, ale i księży, jakim niewątpliwie jest Mały i Duży Katechizm, w końcowej części Małego Katechizmu p.t.: “Jak ojciec rodziny nauczać powinien swoich domowników modlić się rano i wieczorem:

Rano, wstawszy z łóżka

( … Wieczorem, gdy idziesz spać…)

przeżegnaj się znakiem krzyża świętego i powiedz:

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.”

Jest to oczywiście stary zwyczaj “katolicki” – „powszechny” dawnego jeszcze niepodzielonego Kościoła, który chrześcijanom w czasie modlitwy przypomina: “Ego sum baptismo” – “Jestem przecież ochrzczony”. Luter te słowa pisał kredą na stole i ciągle je sobie przypominał, bo one znaczą: „Należę do Boga Trójjedynego, bo On do mnie mówi: „Jesteś mój!” Nie jestem sam. Nie muszę się lękać złego i zła.” Dlatego autor Małego Katechizmu wzywa nas abyśmy co dziennie wspominali na chrzest przez codzienny żal i pokutę. Chrzest a z nim związany znak krzyża świętego jest ważnym znakiem chrześcijanina, także luteranina. Dlatego Marcin Luter pozostawił w liturgii znak krzyża świętego. Dlatego się żegnamy aż po dzień dzisiejszy.

Wielu  mało uświadomionych pod tym względem ewangelików pyta nieraz: jakim znakiem krzyża mamy się żegnać – ewangelickim, czy katolickim, to znaczy jednym dużym krzyżem, czy trzema małymi krzyżami? Ewangelicy, luteranie ze Śląska Cieszyńskiego uważają bowiem, że trzy małe krzyże to ewangelickie, a jeden duży krzyż to katolicki nie zważając, że w czasie transmisji mszy katolickich w Telewizji (TV I godz. 7.00 lub TV Polonia godz. 13.00) nasi bracia i siostry katolicy żegnają się na początku mszy dużym znakiem, a przed czytaniem Ewangelii trzema małymi krzyżami.

Albo są tacy ewangelicy, którzy jadąc do Warszawy i idąc na nabożeństwo do kościoła św. Trójcy pytają mnie: dlaczego tam żegnają się jedynie dużym znakiem krzyża świętego, po katolicku?

Na tak postawione pytania odpowiadam: oba krzyże (duży i mały) są i katolickie i ewangelickie i anglikańskie, bo po prostu są krzyżami Zachodniego Kościoła, do którego my wszyscy należymy. Luteranie w Syberii może żegnają się znakiem krzyża prawosławnego, bo od wieków mieszkają na terenie gdzie w większości jest Kościół Wschodni – Prawosławny. Przecież nie od znaku takiego czy innego krzyża zależy nasza tożsamość luterańska czy nawet nasze zbawienie. Wielki mistyk luterański, a potem katolicki Angelus Silesius – „Anioł Śląski”  (ks. Johannes Scheffler, 1624-1677, poeta śląski z Wrocławia, autor wielu pieśni mistycznych, np. „Chcę kochać Ciebie Boży Synu” – ŚE 781) mawiał:

Krzyż wbity na Golgocie tego nie wybawi, Kto sam w sercu swoim krzyża nie wystawi

Dlaczego nie wszędzie w luteranizmie stosowany jest znak krzyża przez wiernych?

Do zaniechania czynienia znaku krzyża świętego przez wiernych w Kościele Luterańskim (oczywiście nie wszędzie!) przyczyniły się w ciągu minionych 5 stuleci różne czynniki:

- wpływ teologii Kościoła Reformowanego,

- wpływ luterańskiego racjonalizmu,

- wpływ pietyzm dla którego wszelkie zewnętrzne znaki, podobnie zresztą jak w racjonalizmie, są „adiaforą”, a więc rzeczą „nieistotną”’

- wpływ Unii staropruskiej z roku 1817,

- wpływ liberalizmu w Kościele,

- zwyczaje, które wprowadzali miejscowi księża na własną rękę nie licząc się z tradycją Kościoła,

- a obecnie: wpływ tzw. „neoluteranizmu”, „neoewangelicyzmu”, wpływ „neoewangelikalizmu”  i samych także chrześcijan „ewangelikalnych”, dla których wszystkie znaki stanowią „adiaforę”.

Były kraje, dzielnice i ośrodki pobożności luterańskiej gdzie przetrwał znak krzyża w liturgii luterańskiej. Tak było jeszcze do niedawna na całym Śląsku Cieszyńskim po obu stronach Olzy, które po polskiej stronie sięgało kiedyś aż pod Mysłowice (dawne powiaty: cieszyński, bielski, pszczyński), ale także na Mazowszu (tzw. Królestwo Kongresowe), tak było na Słowacji, po części w Czechach (Morawy), w krajach skandynawskich i po części w krajach nadbałtyckich, w Ameryce.

Unia staropruska z roku 1817 zaniechała używania w kościołach ewangelickich nie tylko kolorowych strojów liturgicznych używanych przez luteranizm światowy (pozostały tylko resztki w postaci kolorowych tzw. „antependiów” przed ołtarzem, na ambonie, przed pulpitem i na chrzcielnicy), ale też „przeżegnanie się”, choć wówczas ze strony księży pochodzenia luterańskiego natrafiono na opór. Na tyle mogli się oprzeć, że do błogosławieństwa czynili ręką znak krzyża i tak pozostało po dzisiejsze czasy.

Powstały za przykładem Anglii („High Church”), także w Niemczech w roku 1918  „Kościół Wysoki” zarówno w obrębie luteranizmu jak też i Kościoła Unijnego przywrócił na nowo wiele znaków i zwyczajów starożytnego Kościoła i pierwotnego luterańskiego Kościoła, w tym także znak „żegnania się”. Tych dawnych zwyczajów przestrzega także po dzień dzisiejszy Samodzielny Kościół Ewangelicko – Luterański w  Niemczech [SELK], a w innych krajach – staroluteranie.

To, że „żegnanie się” znakiem krzyża nie jest tylko pochodzenia katolickiego i prawosławnego, ale także dawnego luteranizmu niech zaświadczy osobiste, rodzinne doświadczenie.

Przodkowie mojej mamy, jak wielu innych, zaproszeni na Mazowsze przybyli w ramach osadnictwa aż z Wirttembergii z miejscowości Pforzheim i Birkenfeld w roku 1800 do Strobowa i okolicy (koło Skierniewic), gdzie założyli nowe osady (Brzozów–„Birkenfeld”, Franciszków-„Frankenfeld” ), budowali cegielnie i wznosili wspólnymi siłami inne budowy z wyrabianej przez siebie cegły, a w roku 1829 partycypowali w renowacji otrzymanego  zniszczonego pokatolickiego kościoła św. Trójcy oraz szpitala. Ludzie ci pochodzili ze starych luterańsko – pietystycznych rodów. W rodzinie, o której piszę nikt i nigdy, na pewno tylko przed reformacją, nie był rzymskim katolikiem (choć to nie jest wstyd ani grzech pochodzić bezpośrednio z rodziny katolickiej!), ale moja mama i jej siostry wynieśli z tego pobożnego pietystyczno-luterańskiego domu zwyczaj „żegnania się” przed i po modlitwie znakiem dużego krzyża. To czyniła moja mama aż do śmierci (1986).

A jak to wygląda dzisiaj w naszym Kościele w Polsce? Osobiście, z żalem obserwuję, niestety, że nawet tam gdzie wszyscy zawsze się żegnali (polski Śląsk Cieszyński i czeskie tzw. Śląsk Zaolziański) jeszcze tych 50 lat temu (pamiętam dobrze, gdyż 3 stycznia 2013 r. minęło 50 lat od mojego przybycia do pracy duszpasterskiej na Śląsk Cieszyński!) i to nie tylko do modlitwy, lecz podczas absolucji, przy odejściu od Stołu Pańskiego,  po otrzymaniu Komunii świętej, czy po życzeniu pokoju lub po błogosławieństwie, czyli wtedy gdy ksiądz ręką czynił znak dużego krzyża świętego, dziś tam gdzie ma wielkie wpływy współczesny “neopietyzm”, „neoewangelicyzm”, „neoluteranizm” i tzw. „ruchy ewangelikalne”, ale też ogromna laicyzacja Kościoła („in capite et in membris” – „w głowie i w członkach!”), tam zupełnie zanika także i stara tradycja luterańska “żegnania się”.

Jako ewangelicy – luteranie dla których Marcina Lutra „teologia krzyża” – „theologia crucis„  jest tak cenną powinniśmy się naprawdę zastanowić nad wartością krzyża Chrystusowego w naszym życiu.

I jeszcze jedno krzyż w luteranizmie zawsze był z figurą Pana Jezusa, czyli z tzw. „corpus”, w odróżnieniu od krzyża reformowanego i innych Kościołów oraz wspólnot protestanckich, którzy używali tylko krzyża gładkiego, bez  figury Pana Jezusa.

Za niedługo, bo za 4 lata, obchodzić będziemy na świecie 500-lecie Reformacji luterańskiej (31 X 2017 r.). Wkroczyliśmy w okres tzw. „dekady Reformacji”. Czy nie należałoby w tym okresie przygotowawczym zapytać się siebie samych: „co, nie tylko z wiary naszych przodków, ale i z ich zewnętrznych zwyczajów, jeszcze pozostało?”  Czy nie należałoby przywrócić to wszystko co po drodze przez tych 500 lat zostało zagubione? Weźmy do jednej ręki Biblię,  a do drugiej Księgi Wyznaniowe luteranizmu, które nasze Wydawnictwo „Augustana” wydało, i w tym świetle zobaczmy cośmy tak naprawdę zagubili.                                                                                             (Ks. Jan Gross)

 

ZWYCZAJE POGRZEBOWE NA PRZESTRZENI OSTATNICH 50 LAT

04 maj

Samodzielny Kościół Ewangelicko – Luterański w Niemczech [SELK] w ramach tematycznych zeszytów tzw. „Luterańskiej orientacji”, jeden ze wspomnianych zeszytów, mianowicie nr 4, został poświęcony tematyce odchodzenia i śmierci w dzisiejszych czasach. Wydany on został przez stałą Komisję d/ Etyki i opatrzony słowem biblijnym z Psalmu 90,12: „Panie, naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca.

Zeszyt składa się z 7 opracowań na tematy:

  1. Umieranie i śmierć z perspektywy biblijnej,
  2. Umieranie i śmierć współcześnie,
  3. Medycyna na końcu życia
  4. Kiedy jest dozwolona pomoc w umieraniu?
  5. Prawo pacjenta,
  6. Pomoc paliatywna i praca w hospicjum,
  7. Towarzyszenie domowników przy śmierci.

Umieranie jest częścią życia. Kto się urodził, ten musi także umrzeć. Kto przyszedł na ten świat, ten też musi go opuścić. Życie jest bardzo związane ze śmiercią, a śmierć jest bliska życia. My wszyscy musimy umrzeć i stanąć przed sądem Chrystusowym. Aby nikt nie miał wątpliwości Apostoł święty Paweł przypomina nam: „Albowiem my WSZYSCY musimy stanąć przed sądem Chrystusowym, aby KAŻDY odebrał zapłatę za uczynki swoje, dokonane w ciele, dobre czy złe.” (2 Kor 5,10).

Stąd też Biblia naucza i przypomina nam, że krótkie jest nasze życie, że ono trwa przeciętnie zaledwie siedemdziesiąt lub osiemdziesiąt lat, że jest ono jak trawa lub piękny kwiat, który rośnie, cieszy serca ludzkie, a pod wieczór usycha. Biblia mówi: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz.” Taki jest los i przeznaczenie każdego człowieka. Ta bliskość życia i śmierci przyświecała zarówno autorowi średniowiecznej antyfony z XI wieku „Media vita in morte sumus”, do której ks. dr Marcin Luter napisał dwie zwrotki. Rozpoczyna się ona w polskim przekładzie od słów: ”W pośród życia, jednak wciąż śmiercią otoczeni…” i każda ze zwrotek kończy się słowami: „O, święty Boże nasz! O, święty Boże nasz! Święty i miłosierny Zbawco, wieczny Boże nasz! Nie daj w śmierci zginąć, ale łaską nas Swą darz! Kyrie eleison!” [ŚE 280]

Choć jeszcze żyjemy, to jednak już otoczeni jesteśmy śmiercią. Ona jest odwiecznym wrogiem każdego człowieka i nikt nie wie kiedy się z nią spotka oko w oko, kiedy ona odbierze nam to co mamy najcenniejszego na tym świecie – życie! A kiedy ona przyjdzie po nas, wtedy bezwarunkowo musimy odejść. Dokąd? Chrześcijanie za swym Panem odpowiadają: „Do domu Ojca!” (J 14,2), „Do wieczności!” Tam gdzie nie ma łez i płaczu, gdzie nie ma boleści i chorób, gdzie nie ma smutku, ani krzyku!” Idziemy tam gdzie wszystko jest nowym, innym, gdzie wszystko jest „totaliter alitertotalnie inne!”

A ponieważ ciało chrześcijanina jest, jak mówi Paweł Apostoł, „świątynią Ducha Świętego”, dlatego też od pierwszych wieków chrześcijaństwa było ono z największą godnością chowane w ziemi Bożej. Kiedy człowiek umierał, wtedy nad nim mówiono: „Odejdź duszo zbawiona…”, a ciało z największą godnością zostało składane w ziemi wraz z cytowanymi słowami: „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz!” Na pewno tej czynności towarzyszyły w ciągu wieków różne obrzędy, różne zwyczaje.

Moim zadaniem jest dzisiaj przedstawienie tych obrzędów w ciągu ostatnich 50 lat. Dzięki Bogu, że jeszcze pamięć mnie nie myli i że jeszcze pamiętam nie tylko to co było przed 50 laty mojej pracy w Kościele, ale także i to co było przedtem, a więc w czasach mojej młodości i dziecięctwa, czyli z przed około 64, 65 laty.

Te zwyczaje były różne w różnych dzielnicach Polski, czy w różnych diecezjach naszego Kościoła.

W Diecezji Katowickiej byłem i poznałem ją dokładnie przed moją ordynacją (1945-1960), która miała miejsce  w Chorzowie w dniu 2 października 1960 r, oraz od roku 1978 przez 25 lat mojej pracy duszpasterskiej w tejże Diecezji, a więc:  Mikołów, Tychy i Orzesze). Dlatego chciałbym przedstawić najpierw zwyczaje pogrzebowe Diecezji Katowickiej.

Jako dziecko 9-letnie pamiętam śmierć mojego dziadka w styczniu 1947 r. (ojca mojej mamy), jego umieranie i pogrzeb w Chorzowie. A więc za niedługo po śmierci, po stwierdzeniu zgonu przez lekarza, przyjechali panowie z Zakładu Pogrzebowego i pokój, w którym zmarły miał leżeć aż do dnia pogrzebu, obudowali ścianami z czarnego materiału, na środku z dużym haftowanym krzyżem. Na jego tle ustawiono trumnę z ciałem mojego dziadka, a po obu stronach duże świeczniki – kandelabry i krzewy (palmy). Wieczorem śpiewaliśmy pieśni, była modlitwa i czytanie Słowa Bożego.

W dniu pogrzebu o oznaczonej porze przyszedł nasz proboszcz ks. Robert Fiszkal ubrany w togę i białą komżę cieszyńską (wtedy na całym Górnym Śląsku zgodnie z rozporządzeniem Konsystorza księża nosili w Diecezji Katowickiej do roku 1952 komżę, czyli cieszyńską albę). Po odprawieniu czynności liturgicznych w domu, cały kondukt pogrzebowy wyruszył ulicami Chorzowa na kościoła im. Elżbiety, a potem na cmentarz, gdzie wszystko odbyło się wg Agendy II Królestwa Polskiego z roku 1891, jaka była wtedy w naszym Kościele używana.

Inne pogrzeby w Chorzowie: prowadzone były z kostnicy trzech szpitali chorzowskich, albo też w szczególnych przypadkach z kościoła Elżbiety, jak to jest dzisiaj. W Świętochłowicach wszystkie pogrzeby były prowadzone z kostnicy szpitalnej do kościoła, a potem jeszcze raz koło tejże kostnicy z kościoła na cmentarz. W Katowicach pogrzeby odbywały się zawsze z kaplicy cmentarnej, za wyjątkiem pogrzebu kuratora czy pastorowej, które rozpoczynały się w kościele Zmartwychwstania Pańskiego.

W Mikołowie pogrzeby rozpoczynały się w domu żałoby, kostnicy szpitalnej,najczęściej z kaplicy cmentarnej (z r.1900) do kościoła i na cmentarz. Nigdy zwłoki nie stały w kościele w Mikołowie i Orzeszu przed pogrzebem.

W Orzeszu pogrzeb rozpoczynał się zazwyczaj w domu, lub wychodził z kostnicy szpitalnej. Tak było jeszcze, gdy objąłem w roku 1978 parafię. Potem razem z niektórymi członkami Rady Parafialnej wpadłem na pomysł, aby małą tzw. „marownię” przerobić na kaplicę przedpogrzebową. Oburzenie parafian było wielkie. Wielu stwierdziło, że nigdy nie zgodzą się aby stamtąd chowano ich zmarłych. Moją odpowiedzią było: z tej kaplicy przedpogrzebowej będziemy chowali tylko tych, którzy będą sobie tego życzyli! W Parafii nastał spokój. Po jakimś czasie coraz więcej było pogrzebów z tej kaplicy. Dziś chyba wszystkie pogrzeby zostają wyprowadzane z kaplicy do kościoła i na cmentarz. Parafia stanowczo nie godziła się jednak aby zwłoki stały w kościele. Wyjątkiem był pogrzeb ś.p. ks. konseniora Jana Karpeckiego, gdzie jego zwłoki stały przed ołtarzem od soboty do niedzielnego popołudnia tzn. do nabożeństwa żałobnego o godzinie 15.00.

Zwyczajem tu ( w Orzeszu) ale i w innych parafiach, zwłaszcza wiejskich są tzw. „czuwania przy zmarłym” polegające na tym, że w domu żałoby lub kaplicy cmentarnej wieczorami lub wieczorem gromadzą się krewni i sąsiedzi aby przy zmarłym śpiewać pieśni żałobne, czytać Słowo Boże, nieraz było czytane rozmyślanie i zmawiana modlitwa. W Orzeszu przez wiele lat prowadziła takie modlitwy zmarła niedawno organistka ś.p. Edyta Mrozik.

Przez dwa lata i trzy miesiące w latach 1960-1963 pracowałem jako wikariusz diecezjalny najpierw u boku ks. seniora Alfreda Jaguckiego, zwierzchnika Diecezji Mazurskiej (1959-1963) z siedzibą w Szczytnie, a następnie samodzielnie w parafiach Dąbrówno, Lipowo i Glaznoty pod Grunwaldem. Tu wszystkie pogrzeby, a miałem pogrzeby także w Olsztynie i w Białymstoku, w Działdowie i w Ostródzie, w Nawiadach i w Ukcie, prowadzone były najczęściej z domu zmarłego, albo z kostnicy szpitalnej, lub z kaplicy cmentarnej. Nie odbywały się pogrzeby w kościołach, za wyjątkiem pogrzebów księży i kościelnych. Istniał dziwny zwyczaj pruski, jaki jeszcze istnieje w niektórych „landach” niemieckich, że ksiądz szedł nie przed trumną, lecz za trumną, a za nim szła rodzina. Według opowiadań, podobnież na Mazurach w dawnych czasach spłoszone konie wiozące trumnę wpadły na księdza i stratowały go. Stąd też nie było na początku konduktu pogrzebowego krzyża, jak to było w innych diecezjach polskich (czy nawet w Unijnym Kościele na Górnym Śląsku). Po II wojnie światowej nasi księża w miastach mazurskich wprowadzili jednak niesienie na początku konduktu pogrzebowego krucyfiksu.

Na Mazurach na wioskach pogrzeby wyruszały zazwyczaj z domu żałoby, w miastach z kostnicy lub kaplicy cmentarnej, ale wszędzie były znane „czuwania modlitewne

Nieco specyficzną była diecezja cieszyńska, do której zostałem posłany w styczniu 1963 i w której pracowałem do końca października 1978 r., a więc przez blisko 16 lat.

W owym czasie pogrzeby poza Cieszynem i Bielskiem rozpoczynały się zazwyczaj w domu zmarłego. Przedtem rodzina i sąsiedzi gromadzili się wieczorami w domach na „czuwaniu modlitewnym”, śpiewano pieśni, czytano Słowo Boże, nieraz czytano żałobne rozmyślanie albo też kazanie żałobne z Postylli ks. Samuela Dambrowskiego. Funkcje tę spełniali tzw. „czytocy” lub „śpiewocy”.

W dniu pogrzebu o oznaczonej porze konie z bryczką lub saniami, a potem już samochodem podjeżdżano pod plebanię aby przywieźć do domu żałoby proboszcza lub wikariusza, albo obydwu razem (bardzo często!). Gdy ksiądz przyjechał do domu żałoby „śpiewok”, czyli gdzie indziej by powiedziano „kantor”, wraz ze zgromadzonymi w domu i przed domem śpiewali pieśni. Nie zawsze te pieśni były starannie dobrane. W czasie jednego pogrzebu w Goleszowie gdyśmy przyjechali razem z ks. proboszczem Tadeuszem Terlikiem, ku naszemu zgorszeniu i zawstydzeniu śpiewano na pogrzebie sędziwej staruszki pieśń: „Pan zawołał sługę swego”, a więc pieśń z pogrzebu księdza.

Ktoś z rodziny kto witał u progu domu księży, wręczał każdemu księdzu i śpiewakowi dużą świecę ołtarzową, którą nieśli w kondukcie aż do złożenia zwłok do grobu. Stąd na wielu plebaniach było setki świec tzw. „gromnic”, które miały symbolizować słowo Pana Jezusa „Niechaj świece wasze będą zapalone!” Był to jakiś stary symboliczny zwyczaj, dość uciążliwy dla księży i śpiewaka, zwłaszcza w zimę i w lecie. Nie wiem kiedy ten zwyczaj zlikwidowano, gdyż coraz bardziej księża na to narzekali. W każdym bądź razie gdzieś po roku 1978. Uroczystość żałobna w domu rozpoczynała się od pieśni, następnie ksiądz pożegnał zmarłego odpowiednim słowem Psalmu, zmówił modlitwę i pobłogosławił: „Niech ci błogosławi Bóg Ojciec, który cię stworzył…” Trumnę wynoszono z domu i dotykano trzy razy o próg domu z słowami: „Z Bogiem”. Najczęściej czynili to mężczyźni z najbliższej rodziny lub otoczenia.

Sama Diecezja Cieszyńska też różniła się sama w sobie. W powiecie cieszyńskim ksiądz zakładał na pogrzebie, podobnie jak do wszystkich nabożeństw na togę białą komżę, która miała symbolizować nadzieję i radość z zmartwychwstania Pańskiego oraz nadzieję życia wiecznego. Tylko samobójców chowano w czarnej todze, często nawet w dawniejszych czasach pod płotem cmentarnym i kondukt nie wstępował do kościoła, nie dzwoniły dzwony. Później zrezygnowano z pochówku pod płotem i kondukt wstępował do kościoła, nabożeństwo miało jednak i ma po dzień dzisiejszy charakter pokutny, a ksiądz nie przywdziewa komży.

W powiecie bielskim ksiądz występował na pogrzebie tylko w todze, na czarno.

Dziś najczęściej zwłoki naszych zmarłych przechowywane są w chłodniach i przywożone do kościoła na godzinę przed rozpoczęciem uroczystości żałobnej. Każdy pogrzeb rozpoczyna się nabożeństwem żałobnym w kościele lub kaplicy cmentarnej, a następnie udaje się na cmentarz. W wielu parafiach Śląska Cieszyńskiego, jeśli ktoś umiera w domu, Wtedy ksiądz udaje się do domu zmarłego na tzw. „wyprowadzenie z domu”.

Istniała i poniekąd jeszcze istnieje w Diecezji Cieszyńskiej jedna osobliwość. Mianowicie, przy wypowiadaniu nad grobem tzw. „Funeralii” czyli przekazania zmarłego Bogu – jego duszy i ducha nieśmiertelnego, a ciała ziemi do ziemi Bożej, ksiądz mówi przy tym:„Ziemia ziemi, prochy prochom…”, wtedy na całym świecie, po za Śląskiem Cieszyńskim, ksiądz rzuca na trumnę piasek lub ziemię. Tego nie było w „cieszyńskiej” części Diecezji. Ksiądz wypowiadał tylko słowa bez znaku, którym jest ziemia lub piasek. Wprawdzie w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, około 1966 roku Diecezja Cieszyńska uzgodniła pewne tzw. „adiafory” (z greckiego: adiaphoros – „obojętny”, rzeczy obojętne), ale nie tylko. Dziś widzę po latach, że nie są te uzgodnienia praktykowane.

Jest też dziwne, jeśli dziś ksiądz chowa prochy w urnie i mówi: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”, skoro to ciało zostało obrócone w proch.

Dawniej nie chowało się urn, gdyż nie spalano zwłok, nie było krematoriów, wręcz przeciwnie, Polacy pamiętając na krematoria w obozach koncentracyjnych brzydzili się tą formą pogrzebu. Jakże wiele pod tym względem się zmieniło. Dziś nieraz częściej chowa się urny niż trumny. Dlatego Kościół powinien zmienić nieco ryt chowania urn. Przede wszystkim najpierw powinien się odbyć pogrzeb w kościele ze zwłokami zmarłego w trumnie , a potem można go wywieźć do krematorium celem spopielenia. Ksiądz powinien żegnać człowieka i błogosławić mu na ostatnią drogę, gdyż to on, zgodnie z nauką Pisma Świętego, był ”świątynią Ducha Świętego” [Czytaj: "Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży w was mieszka?" (1 Kor 3,16)] , a nie jego prochy. Przynajmniej tak było zawsze i jest po dzień dzisiejszy na Zaolziu w Republice Czeskiej: najpierw jest nabożeństwo żałobne w kościele lub w kaplicy i pożegnanie zmarłego spoczywającego w trumnie. Dopiero z kościoła trumna jedzie ze zwłokami do krematorium i potem dopiero następuje złożenie urny na cmentarzu lub w specjalnych kolumbariach (także i w kościele, np. Ostrawa, a Dortmundzie cały stary kościół przeznaczony jest jako kolumbarium na składanie urn z prochami zmarłych!) odbywa się w małym gronie rodzinnym lub przyjaciół. Istnieje także i taka możliwość, że tuż przed z kremowaniem zwłok ksiądz udaje się do krematorium i tam w kaplicy przedpogrzebowej odprawia nabożeństwo żałobne w nieco skróconej formie, a następnie zwłoki odjeżdżają do kremacji.

U nas w Polsce zaczyna się kształtować dziwny zwyczaj: ktoś umiera, nie ma żadnego pożegnania ani błogosławieństwa, wywozi się go z domu lub szpitala bez modlitwy i bez błogosławieństwa prosto do krematorium, a potem przywozi się do kościoła tylko urnę z prochami. Dla mnie jest to przykry rozdźwięk.

W ubiegłym roku chowałem w Cieszynie 60-letniego magistra teologii ewangelickiej, który umarł w szpitalu i który sobie życzył być skremowany. Jednak na życzenie rodziny przed wyjazdem do krematorium do Ostrawy, odbyło się w gronie najbliższych w kostnicy szpitalnej Szpitala Śląskiego w Cieszynie modlitewne pożegnanie, a więc pieśń, stosowna modlitwa, Modlitwa Pańska i błogosławieństwo, a po południu nabożeństwo żałobne w kościele Jezusowym z urną, następnie na cmentarzu ewangelickim złożenie urny do grobu rodzinnego. Jeszcze raz mocno pragnę podkreślić, że ksiądz powinien błogosławić zwłoki człowieka, a nie popiół. To powinniśmy przekazywać nieustannie naszym współwyznawcom.

Zgodnie ze starożytnym zwyczajem na Śląsku Cieszyńskim po 6 tygodniach odbywa się w kościele wspomnienie zmarłego. Skąd się to wzięło?

Otóż w starożytnym i średniowiecznym Kościele modlono się za umarłych nie tylko w rocznicę zgonu lub pogrzebu, ale też na 30 czy 40 dzień po śmierci lub pogrzebie. Coś z tego zwyczaju pozostało w Kościele Luterańskim, zwłaszcza na Śląsku Cieszyńskim, ale też na Górnym Śląsku, czy w Warszawie.

W tym miejscu należałoby się zapytać, sięgając do wczesnych zwyczajów pogrzebowych, czy luteranin powinien modlić się za umarłych? Jak ta sprawa jest postawiona w naszym Kościele? Czy luteranin może modlić się za umarłych?

Odpowiedzią na to pytanie, pragnę zakończyć moje wystąpienie.

W Biblii nie ma takiego zakazu, ani nakazu. Natomiast w jednej w niekanonicznych ksiąg biblijnych, które nie weszły do protestanckiego kanonu Biblii, ale o których ks. dr Marcin Luter powiada, że można je z pożytkiem czytać, które były w ewangelickich wydaniach Biblii i dzisiaj znowu do nich wracają jako „dodatek” jest tam na ten temat jasna wypowiedz.

Mianowicie czytamy w Księdze Machabejskiej w rozdziale 2 i w wierszach 12, oraz od 43 do 46 takie słowa:

A tak świętą i zbawienną jest rzeczą modlić się za umarłych, aby byli od grzechów rozwiązani.”

Słowa te poprzedza tekst, który mówi o dzielnym mężu imieniem Judas, który zarządził składkę, aby za te pieniądze złożono ofiarę w Jerozolimie za grzechy zmarłych, którzy zginęli na wojnie, nie porzucając jednocześnie myśli i nadziei o ich zmartwychwstaniu.

Kościół katolicki uznał, że taką ofiarą za grzechy żywych, ale i umarłych jest Eucharystia – Wieczerza Pańska, którą w sposób bezkrwawy składa kapłan we mszy świętej.

Tego właśnie nie zaakceptowała, ale wręcz odrzuciła Reformacja XVI wieku.

Z tych względów tej sprawie jasno i wyraźnie poświęcono artykuł w Apologii Konfesji Augsburskiej, czyli w Obronie Wyznania Augsburskiego, artykuł „O mszy za umarłych” (polskie wydanie str. 311). Są tu zawarte słowa, które z punktu widzenia luterańskiego problem zupełnie rozwiązują:

… scimus veteres loqui de oratione pro mortuis…”, co znaczy po polsku: „To wiemy, że dawni autorowie mówią o modlitwie za umarłych, KTÓREJ NIE ZAKAZUJEMY, lecz nie godzimy się na odprawianie Wieczerzy Pańskiej ZA umarłych na podstawie samego jej dokonania (ex opere operato)”.

Wśród naszych wiernych istnieje nieraz pewne nieporozumienie dotyczące modlitwy za umarłych. Coś innego bowiem jest modlić się za umarłych, a coś innego sprawować mszę jako ofiarę przebłagalną z Ciała i Krwi Pańskiej za dusze umarłych.

Luteranizm powiada więc: jest dozwolone modlić się za umarłych i jest niedozwolone za nich składać we mszy świętej ofiarę z Ciała i Krwi Pańskiej. Jest tu wielka różnica pomiędzy jednym a drugim

Dlaczego miałbym jednak zapomnieć w modlitwie zarówno dziękczynnej, jak i błagalnej o kimś kto był mi drogi i bliski, kogo kochałem, kto tak wiele w życiu uczynił dla mnie. Dlaczego miałbym w modlitwie zapomnieć o tych, którzy nagle odeszli z tego świata, którzy zginęli w wypadkach i katastrofach? Jeśli za nich modliłem się gdy żyli, dlaczego miałbym o nich zapomnieć, gdy z tego świata już odeszli? Tym bardziej jeśli księgi wyznaniowe luteranizmu, które są dla nas „kluczem” do lepszego zrozumienia Pisma Świętego, tego nam nie zakazują?

Księgi wyznaniowe luteranizmu zakazują po prostu nie modlitwy za umarłych, lecz składania za nich ofiary mszy św. Dlatego luteranie nie powinni pozwalać, aby za nich po ich śmierci, lub za innych umarłych luteran odprawiano katolicką mszę św. Bo taka myśl jest obca duchowi luterańskiemu, gdyż jedyna ofiarę, która nigdy nie może być powtórzona w sposób bezkrwawy, jest krwawa ofiara Pana Jezusa na krzyżu Golgoty za nasze grzechy. Kto tę ofiarę za życia przyjmował, ten i po śmierci będzie zbawiony, jak mówi Apostoł Paweł do zboru w Tesalonikach: „A nie chcemy, bracia, abyście byli w niepewności co do tych, którzy zasnęli, abyście się nie smucili, jak drudzy, którzy nie mają nadziei.” (1 Ts 4,13) Co do tych, którzy zasnęli we wierze mamy pewność ich zbawienia.

Natomiast ofiara, którą Pan Jezus złożył na krzyżu Golgoty jest ofiarą za żywych i dla żywych. Dlatego luteranizm nawet nie wyklucza w czasie pogrzebu sprawowania Komunii Świętej dla żywych, dla tych, którzy pozostali, którzy są zasmuceni, którzy potrzebują umocnienia i pocieszenia.

Dwaj wielcy luteranie, którzy żyli na przełomie XX i XXI wieku, a więc w naszych czasach, których dobrze znałem jakieś 25 lat, mieli właśnie to pragnienie, aby w czasie ich pogrzebów, odbyła się Eucharystia dla ich rodzin, wokół ich trumien. Mieli to życzenie aby „Kościół ziemski” połączył się z „Kościołem niebiańskim” w wielkim uwielbieniu majestatu Bożego: „Święty, święty, święty…”

Byli to: ks. biskup prof. dr Joachim Heubach (zmarł 29 X 2000 r. w Fissau / Eutin), biskup Krajowego Kościoła Ewangelicko – Luterańskiego w Schaumburg-Lippe, a zarazem długoletni przewodniczący Luterańskiej Konferencji Liturgicznej Niemiec i później prezydent Martin-Luther-Bund (Związku Marcina Lutra) w Erlangen, oraz ks. biskup prof. dr Christian Zippert (zmarł 15 VIII 2007 r. w Marburgu), członek i „starszy” Bractwa Archanioła Michała (Michaelsbruderschaft”), długoletni członek Luterańskiej Konferencji Liturgicznej Niemiec i biskup Ewangelicko – Unijnego Kościoła Krajowego w Kassel.

Tak wspominała małżonka biskupa Joachima Heubacha, pani Hildegarda Heubach w liście m.in. i do mnie z dnia 12 grudnia 2000 r. o pogrzebie swego męża:

„ … Było to piękne nabożeństwo (pogrzebowe), które mogliśmy przeżyć w Eutin w kościele św. Michała. Wielkie zgromadzenie zborowe, które jeszcze raz razem z nami świętowało Wieczerzę Świętą, podczas której trumna z Achimem stała w centrum. Taka bowiem była suma jego nauki…” Tego życzył sobie Biskup w swoim testamencie, gdyż „Ciało i Krew Jezusa Chrystusa strzeże nas do życia wiecznego.”

A o pogrzebie biskupa Christiana Zipperta czytamy, że odbył się w niedzielę, dnia 19 sierpnia 2007 r. w ogromnym kościele św. Elżbiety w Marburgu i zgodnie z jego testamentem żona rodem z Katowic, dzieci i rodzina, oraz wielu przyjaciół i wiernych przystąpiło w czasie pogrzebu do Komunii Świętej.

Tak więc Sakrament Ołtarza sprawowany w Kościele Luterańskim w czasie pogrzebu jest posileniem dla zasmuconych, a nie ofiarą za zmarłego. Tu teologia luterańska i katolicka różnią się zasadniczo.

Komunii Św. jako posilenia dla żywych Kościół nasz nie odmawia pozostałej rodzinie. Dlatego też przy wspomnieniach umarłych po 40 dniach (6 tygodniach), po roku lub po roku liczonym od 6 tygodni po pogrzebie, czyli roku i 6 tygodniach, często wspominający swoich zmarłych dla swego posilenia duchowego przystępują do Sakramentu Ołtarza.

Także w naszych Agendach pogrzebowych i śpiewnikach kościelnych [ŚE 901-955} znajduje się wiele modlitw i pieśni za tych, którzy odeszli. Są to niekiedy modlitwy dziękczynne za ich życie, ale też i modlitwy przyczynne o ich zbawienie.

Wspomnijcie wraz w swych modłach nas, przed Panem chcemy wspomnieć was”. [ŚE 955]

(Referat wygłoszony na konferencji – rekolekcjach księży Diecezji Katowickiej w roku 2011)

 

15 – LECIE ORDYNACJI KSIĘŻY: Janusza Staszczaka i Marcina Orawskiego

20 lut
Tychy 1 II 1998 r. ordynacja księży: Marcina Orawskiego i Janusza Staszczaka

Tychy 1 II 1998 r. ordynacja księży: Marcina Orawskiego i Janusza Staszczaka

W dniu 1 lutego 2013 r. minęła 15-rocznica ordynacji dwóch księży naszego Kościoła: ks. radcy mgr. Janusza Staszczaka proboszcza parafii p.w. Jezusa Dobrego Pasterza w

ks. radca Janusz Staszczak

ks. radca Janusz Staszczak

Koszalinie, oraz ks. mgr. Marcina Orawskiego proboszcza pomocniczego parafii p.w. Opatrzności Bożej we Wrocławiu.

Ks. Marcin Orawski

Ks. Marcin Orawski

Obaj zostali ordynowani w nowym kościele p.w. ap. Piotra i Pawła w Tychach poświęconym przez ks. biskupa Jana Szarka w dniu 25 września 1995 r., gdzie ks. Janusz Staszczak odbywał praktykę przedordynacyjną. Ordynacji w dniu 1 lutego 1998 r. dokonał Zwierzchnik Kościoła ks. biskup Jan Szarek w asyście księży biskupów diecezjalnych: Rudolfa Pastuchy (diec. katowicka) i Mieczysława Cieślara (diec. warszawska) oraz księży proboszczów:

Andrzeja Czyża ze Skoczowa i ks. Jana Gross, miejscowego proboszcza. Księdza Marcina Orawskiego skierowano na wikariat do Wrocławia do parafii p.w. Opatrzności Bożej u boku ks. biskupa Ryszarda Bogusza, a księdza Janusza Staszczaka do Koszalina.

Prezbiterium koscioła św. ap. Piotra i Pawła w Tychach

Prezbiterium kościoła św. ap. Piotra i Pawła w Tychach

Ks. Marcin Orawski – urodził się dnia 13 marca 1970 r. w Cieszynie i ochrzczony

Ks. Marcin Orawski na ambonie zabytkowego kosciola Pokoju w Świdnicy

Ks. Marcin Orawski na ambonie zabytkowego kościoła Pokoju w Świdnicy

został w kościele ewangelicko-augsburskim w Goleszowie przez ówczesnego wikariusza ks. Jana Grossa. Później wraz z rodzicami oddanymi Kościołowi i młodszym bratem zamieszkali w sąsiednim Skoczowie, gdzie był konfirmowany przez ks. proboszcza Andrzeja Czyża i ks. proboszcza Jana Nogę.

Ks. Marcin Orawski przed ołtarzem kościoła partnerskiego w Berlinie

Ks. Marcin Orawski przed ołtarzem kościoła partnerskiego w Berlinie

Po ukończeniu studiów teologicznych w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie w roku 1996 uwieńczonych pracą magisterską na temat: „Fenomenologia Świętości w uję­ciu Rudolfa Otto” odbywał praktyki przed ordynacyjne w Skoczowie i w Bielsku – Białej. Po ordynacji w Tychach i odbyciu wikariatu we Wrocławiu, w 2003 r. wybrano go na stanowisko proboszcza pomocniczego parafii p.w. Opatrzności Bożej we Wrocławiu, gdzie proboszczem jest zwierzchnik diecezji wrocławskiej ks. biskup Ryszard Bogusz. Instalacji w dniu 9 listopada 2003 r. dokonał ks. biskup Ryszard Bogusz, a asystował i niedzielne kazanie 3. niedzieli przed końcem roku kościelnego wygłosił ks. radca Jan Gross, ówczesny prezes XI Synodu Kościoła.  Po za rozległą pracą parafialną, od 2000 r. ks. Marcin Orawski pełni funkcję duszpasterza więziennego diecezji wrocławskiej. W 2010 r. z rąk ministra sprawiedliwości otrzymał brązowy medal za zasługi w pracy penitencjarnej. W 2009 r. został powołany na członka komisji Systemu Internetowego Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP, która jest odpowiedzialna za wizerunek Kościoła w sieci. Jest także redaktorem czasopisma wojskowego: „Wiara i Mundur”. W Dominikańskiej Szkole Wiary we Wrocławiu jest wykładowcą.

Kościół im Gertrudy oraz centrum parafialne w KoszalinieKościół im Gertrudy oraz centrum parafialne w Koszalinie

Ks. radca Janusz Staszczak – urodził się, dnia 13 maja 1969 r. w Lublinie. Po zdaniu egzaminu dojrzałości, poszedł na studia teologiczne w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie, które ukończył z tytułem magistra teologii ewangelickiej w roku 1996, po czym rozpoczął praktykę przed ordynacyjną w parafiach Mikołów i Tychy, gdzie dał się poznać gorliwym duszpasterzem, zwłaszcza wśród chorych. Jesienią 1997 r. został skierowany na praktykę do Koszalina, gdzie wówczas nie było ani mieszkania dla duszpasterza ani też stałego miejsca kultu. Nabożeństwa odprawiano w różnych  miejscach kultu tamtejszych Kościołów Protestanckich. W dniu 1 lutego 1998 r. w Tychach mgr teol. Janusz Staszczak został ordynowany wraz z mgr. teol. Marcinem Orawskim na księdza i skierowany przez Konsystorz do pracy duszpasterskiej w Koszalinie.

Dzięki jego staraniom popartym przez Władze Kościoła najpierw odzyskał XIII – wieczny kościół – rotundę im. Gertrudy (z r. 1383), która od roku 1534 stanowiła własność Kościoła Ewangelicko – Luterańskiego, a od początku XX wieku miejsce nabożeństw Parafii Kościoła Staroluterańskiego w Koszalinie. Po II wojnie światowej służyła różnym celom. Ponieważ Kościół Ewangelicko-Augsburski [Luterański] w Polsce jest prawnym następcą także i Kościoła Staroluterańskiego, dlatego ta zabytkowa świątynia w roku 1999 wróciła do właścicieli, którzy używali ją przez 411 lat. Poświęcenia świątyni i poświęcenia dzwonu w dniu 7 maja 2000 r. dokonał Zwierzchnik Kościoła ks. biskup Jan Szarek przy współudziale Zwierzchnika Diecezji Pomorsko – Wielkopolskiej ks. biskupa Michała Warczyńskiego.

Kolejnym etapem prac ks. Janusza Staszczaka i miejscowej Rady Parafialnej była budowa nowego Centrum Parafialnego, które po wielu trudnościach zostało poświęcone przez Zwierzchnika Kościoła ks. biskupa Janusza Jaguckiego przy współudziale Zwierzchnika Diecezji ks. biskupa Michała Warczyńskiego w dniu 17 maja 2008 r.

Obie budowle były jakby prezentem urodzinowym (13 maja) dla ks. Janusza Staszczaka. W Centrum Parafialnym znajduje się piękna, obszerna i nowoczesna  kaplica, sala parafialna, biura, mieszkanie proboszcza oraz pokoje gościnne. Ponadto na parterze znajdują się sklepy do wynajęcia (apteka, kwiaciarnia).

W dniu 7 grudnia 2008 r. Zgromadzenie Parafialne w Koszalinie wybrało ks. Janusza Staszczaka swoim proboszczem.

Instalacja ks. Janusza Staszcza na proboszcza w Koszalinie

Instalacja ks. Janusza Staszczaka na proboszcza w Koszalinie

Instalacja odbyła  się 6 stycznia 2009 r., a dokonał jej ks. biskup Michał Warczyński w asyście księży: Tomasza Woli z Piły, ks. Marcina Markuzela z Bładnic k. Ustronia i ks. Fryderyka Jana Macha z Norymbergi (Niemcy), który pochodzi z Górnego Śląska.

Ks. Janusz Staszczak był jednym z trzech kandydatów na urząd Biskupa Diecezjalnego wytypowanym przez  Konferencję Księży. W dniu 4 marca 2012 r. obradujący w Poznaniu Synod Diecezjalny Diecezji Pomorsko-Wielkopolskiej wybrał ks. proboszcza Janusza Staszczaka radcą diecezjalnym (zastępcą biskupa diecezjalnego). Od 14 kwietnia 2012 roku, ks. Janusz Staszczak jest członkiem XIII Synodu Kościoła (2012-2017), a w nim członkiem Komisji Liturgicznej.

Obydwu księżom życzymy „Ad multos annos!”

* * *

KAZANIE WYGŁOSZONE PRZEZ KSIĘDZA PREZESA JANA GROSSA  W CZASIE INSTALACJI PROBOSZCZA POMOCNICZEGO PARAFII EWANGELICKO – AUGSBURSKIEJ P.W. „OPATRZNOŚCI BOŻEJ” WE WROCŁAWIU W 3. NIEDZIELĘ PRZED KOŃCEM ROKU KOŚCIELNEGO, DNIA 9 LISTOPADA 2003 R.

Tekst: Łk 17.20 – 24:

Zapytany zaś przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie Królestwo Boże, odpowiedział im i rzekł: Królestwo Boże nie przychodzi dostrzegalnie, ani nie będą mówić: Oto tutaj jest, albo: Tam; oto bowiem Królestwo Boże jest pośród was. Rzekł też do uczniów: Przyjdą czasy, kiedy będziecie pragnęli widzieć jeden z dni Syna Człowieczego, a nie ujrzycie. I będą mówić do was: Oto tam, oto tu. Nie chodźcie, ani się tam nie udawajcie.

* * *

Drogi Księże Marcinie, proboszczu pomocniczy parafii Opatrzności Bożej we Wrocławiu! Czcigodny Księże Biskupie Ryszardzie, Gospodarzu Diecezji Wrocławskiej i Proboszczu Parafii Opatrzności Bożej! Drodzy Bracia w Urzędzie Kościoła! Czcigodni Goście ekumeniczni z zagranicy i z Kraju! Umiłowani w Panu bracia i siostry!

I. Dzień dzisiejszy jest historycznym i zarazem wielkim dniem dla Parafii Opatrzności Bożej we Wrocławiu, a zarazem wielkim dniem dla Ciebie, drogi i miły Przyjacielu! Przyznam, że jest to także i dla mnie pamiętny dzień z dwóch względów:

* Oto w roku 1970 miałem ten przywilej trzymać Ciebie na rękach w kościele w Goleszowie i w Sakramencie Chrztu Świętego polecić Ciebie łasce Pana naszego Jezusa Chrystusa, a potem w dniu 1 lutego 1998 r. w naszym nowym kościele ap. Piotra i Pawła w Tychach razem z ks. biskupem Janem Szarkiem i innymi asystentami, apostolskim zwyczajem kłaść ręce na Twoją głowę i Twojego Kolegi ks. Janusza Staszczaka, przekazując Wam urząd zwiastowania Słowa Bożego oraz sprawowania i udzielania Świętych Sakramentów. Z tych to względów ten dzień, który dał nam Pan jest także dla mnie wielkim i pamiętnym dniem.

* Po drugie: po raz pierwszy w życiu staję na ambonie kościoła Opatrzności Bożej we Wrocławiu. Dziękuję Księdzu Biskupowi Ryszardowi za zaproszenie mnie do wygłoszenia kazania przy tej to uroczystości instalacji nowego proboszcza pomocniczego. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że w ten sposób łamiemy tradycję, ale skoro takie było życzenie Księdza Biskupa i nowego Proboszcza Pomocniczego, pierwszego w powojennych dziejach tej parafii, to należy z pokorą, ale także z radością i wdzięcznością to przyjąć.

Przy tej okazji pragnę jako Prezes Synodu naszego Kościoła w imieniu wszystkich członków Synodu, jak też i Rady Synodalnej, przekazać wszystkim zgromadzonym serdeczne pozdrowienia, a na ręce Księdza Biskupa i ks. radcy Edwina Pecha, także gorące podziękowania za tak gościnne przyjęcie Synodu przed dwoma tygodniami na terenie Waszej Diecezji.

II. WROCŁAW – dzisiaj to metropolia na miarę europejską. Metropolią i stolicą całego Śląska, zwłaszcza tego kościelnego Śląska, był także w dawnej, świetlanej przeszłości. To przecież stąd na cały Śląsk przyszła Reformacja XVI wieczna. Jakże jej sprzyjał, choć pozostał do śmierci katolickim biskupem, biskup wrocławski Baltazar von Promniz, od roku 1548 właściciel Wolnego Państwa Pszczyńskiego. To o nim napisał w roku 1931 w książce o polskim Górnym Śląsku ks. dr Rudolf Schneider: „Jakichże to biskupów miał wówczas Wrocław! To właśnie Biskup Baltazar von  Promniz chronił luterańskich kaznodziejów i potwierdził rok łaski dla ich wdów!” Patrząc przez wiele lat na wspaniałe kontakty ekumeniczne dzisiaj we Wrocławiu, można i dzisiaj powiedzieć: „Jakichże to biskupów ma dzisiaj Wrocław!” Chciałbym aby można było także z dumą napisać: „Jakichże proboszczów i kaznodziejów ma dzisiaj Wrocław!” Tego Wam drodzy Bracia w Urzędzie wszystkich Kościołów, a zwłaszcza Tobie drogi mój Bracie Marcinie, życzę z całego serca!

Tyle miejsca w kazaniu poświęcam tej sprawie, gdyż przynależność Śląska do Wrocławia nie skończyła się w czasach reformacji. Oto w dniu 29 października 1861 r. ewangelicki biskup wrocławski, zwany wówczas generalnym superintendentem. miał w swojej jurysdykcji także cały Górny Śląsk. Generalny Superintendent dr Hahn z Wrocławia poświęcił, a w naszych dokumentach archiwalnych z tamtych czasów nazwany jest konsekratorem, kościół św. Jana w Mikołowie, w którym dane mi było przez 25 lat być proboszczem, a za niecałe 3 miesiące kończę czynną służbę proboszczowską .

III. Kochani moi! Wpatrując się w bogatą historię Kościoła lepiej nam dostrzec, że nie od nas rozpoczyna się i nie na nas kończy się Kościół i Królestwo Boże na ziemi. Dzień 9 listopada w historii, zwłaszcza naszych zachodnich sąsiadów to dzień szczególny: w dniu 9 listopada 1938 r. miała miejsce straszliwa „noc kryształowa”, a więc rozpoczęcie nazistowskiego programu przeciwko naszym „starszym braciom” – Żydom, a dzień 9 listopada 1989 r. to symboliczny dzień upadku „muru berlińskiego”, a zarazem dzień pojednania, dzień nowych perspektyw. Jak blisko mogą ze sobą żyć dwa narody pojednane przez Boga, tego samego Boga, którego nasi „starsi bracia” nazywają „Jahwe Elochim”, świadczy dziś obecność naszych sąsiadów z Berlina na tej uroczystości, ale też fakt, że za niedługo będziemy w jednej Europie. Biblia uczy nas, że tam gdzie jest pokój i sprawiedliwość, tam też jest Królestwo Boże na ziemi, bo „Królestwo Boga przecież nie jest pokarmem i napojem, ale sprawiedliwością, pokojem i radością w Duchu Świętym” (Rz. 14,17). A to znaczy, że nie tam na świecie jest już Królestwo Boże gdzie jest pełnia dobrobytu materialnego, ale tam gdzie czynią pokój pomiędzy sobą, w rodzinach, pomiędzy Kościołami i narodami, tam gdzie panuje sprawiedliwość społeczna, gdzie ludzie potrafią się ze wszystkiego radować, choć nie wiele posiadają, i za to Bogu dziękować. Czy to już jest pomiędzy nami, pomiędzy naszymi narodami, pomiędzy naszymi Kościołami, w naszych rodzinach, w naszym społeczeństwie.

Myślę, że mimo tych pozytywnych oznak, do pełni urzeczywistnienia się wśród nas Królestwa Bożego, jest do tego jeszcze daleko, ale z drugiej strony możemy patrzeć z nadzieją, bo Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii powiada, że „Królestwo Boże nie przychodzi dostrzegalnie”, że ta zmiana z królestwa ziemskiego w Królestwo Boże następuje nieraz bardzo niezauważalnie. Ono jest tam właśnie gdzie panuje pokój, radość w Duchu Świętym, gdzie wszystko dzieje się sprawiedliwie. Dlatego nigdy nasz Kościół Ewangelicki nie był ekskluzywny. Nigdy nie nauczał, że tylko u nas jest Chrystusa, że tylko my możemy być zbawieni. Byliśmy zawsze dalecy od tego aby mówić: „Oto tutaj jest Chrystus!”, „Oto tylko wśród nas jest Chrystus”. Dlatego Kościół Ewangelicki nigdy nikomu nie odmawiał zbawienia, od samego początku był Kościołem ekumenicznym, bo Kościół z samego założenia biorąc pod uwagę arcykapłańską modlitwę Pana Jezusa musi być ekumeniczny. Przecież to szeroko pojęty ruch ekumeniczny propagował w latach 20 i 30 – tych tamtego stulecia luterański prymas Szwecji i zarazem arcybiskup Uppsali dr Nathan Sőderbloom. Zawsze tak nauczaliśmy, zgodnie z dzisiejszą Ewangelią, że Chrystus i Jego Kościół jest tam, gdzie „wiernie naucza się Ewangelii i należycie udziela się Sakramentów.” (CA art. VII) Tam jest Kościół Jezusa, tam jest Jezus w Duchu Świętym i tam jest On obecny wśród Jego Ludu, tam jest Królestwo Boże na ziemi. Tam gdzie inaczej się naucza, niż Chrystus w dzisiejszej Ewangelii uczy – tam „nie chodźcie, ani się tam nie udawajcie.” Bo Chrystusa nie da się zamknąć w żadnym ziemskim Kościele, ani w najpiękniejszej świątyni, ani nawet w żadnej ziemskiej wspólnocie, społeczności, czy organizacji. On w Duchu Świętym „gdzie chce tam wieje”. A napewno jest tam gdzie jest Słowo Boże zwiastowane i Sakramenty święte udzielane. Do tego potrzebny jest urząd posługiwania w Kościele i do tego na nowo zostałeś powołany, drogi Bracie Marcinie w tym zborze i w tym mieście. Tylko bowiem wtedy może wśród nas uwidocznić się Królestwo Boże, gdy Chrystus wśród nas będzie zwiastowany. On bowiem tam sam przychodzi ze swoimi darami, owocami Ducha Świętego jakimi są, jak uczy ap. św. Paweł: „…miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie.” (GL 5,22)

Życzę Wam kochani, aby tu we Wrocławiu wyrastały na drzewach wszystkich Kościołów chrześcijańskich i w synagodze wrocławskiej te owoce Ducha Świętego, a w ten sposób urzeczywistniało się wśród nas Królestwo Boże, o które codziennie w Modlitwie Pańskiej prosimy: „Przyjdź Królestwo Twoje!.” Amen.

 

DUCHOWA SPUŚCIZNA RODU BRUELLÓW

31 sty

W pierwszych dniach stycznia 2013 r. ukazał się „Kalendarz Beskidzki na rok 2013” wydany przez Towarzystwo Przyjaciół Bielska Białej i Podbeskidzia we współpracy z Towarzystwem Miłośników Ziemi Bielsko-Bialskiej.                    

Wśród ciekawych artykułów o ludziach Podbeskidzia i Śląska Cieszyńskiego znajduje się także artykuł: „Duchowa spuścizna rodu Bruellów” pióra pana Marka Cieślara z Cieszyna, radcy Rady Synodalnej Synodu Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP. Marek Cieślar urodził się dnia 31 maja 1957 roku w Wiśle. Jest absolwentem Wydziału Nauk Społecznych i Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. W roku 1981 uzyskał tytuł magistra politologii i dziennikarstwa. W latach 1983-1990 był kierownikiem pierwszej księgarni ewangelickiej „Logos” w Cieszynie. W latach 1991-1995 był również kierownikiem księgarni „Shalom” w Ustroniu. Od 1996 do 2002 roku redagował cykl audycji radiowych „Wędrówka przez Biblię” dla międzynarodowej sieci Trans Word Radio. Od 2002 roku do dzisiaj jest redaktorem programu radiowego „Po prostu” w ramach działalności Centrum Misji i Ewangelizacji w Dzięgielowie na Śląsku Cieszyńskim. Luterańska audycja „Po prostu” jest emitowana w śląskim Radiu CCM w Gliwicach. Żonaty jest z mgr teol. Elżbietą z domu Siąkowska. Są rodzicami dwóch dorosłych córek.

ś.p. ks. Tomasz Manfred Bruell (1933-2011)

śp. ks. Tomasz Manfred Bruell (1933-2011)

Artykuł mgr. Marka Cieślara przekazuje w sposób bardzo ciekawy, oparty na źródłowych materiałach, życie i działalność zmarłego w dniu 1 marca 2011 r. naszego Brata i Kolegę w Urzędzie Kościoła śp. Księdza Tomasza Manfreda Bruella (Brülla), duszpasterza ewangelizacyjno – misyjnego Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego w RP, syna dr. Oswalda Bruella z Bielska – Białej i jego małżonki Herminy z domu Cieślar z Wisły, ich pochodzenie, jego najbliższą rodzinę (żona diakon mgr Janina Kisza Bruell oraz synowie: ks. Daniel Brüll i Andrzej Bruell), działalność jego i jego najbliższych w Kościele.

Artykuł został także osobno wydany przez Ośrodek Wydawniczy „Augustana” w Bielsku – Białej jako osobna odbitka – broszura, którą można nabyć w cenie 3.50 zł. zarówno w Księgarni „WARTO” w Cieszynie (także  i     pocztą) ul. Wyższa Brama  lub w kancelarii Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Cieszynie, plac Kościelny.

Na zdjęciu: mały Tomasz Bruell

Pogrzeb ś.p. ks. Tomasza Manfreda Bruella (7 marzec 2011 r.)

Pogrzeb śp. ks. Tomasza Manfreda Bruella (7 marzec 2011 r.)