Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
RSS
 

Strona diakon mgr Janiny Kisza – Bruell

Życie i służba ks. seniora Karola Kulisza –  w zarysie.

Jedna z malowniczych wiosek Śląska Cieszyńskiego, Dzięgielów, była w okresie reformacji ostoją protestantyzmu.

Znane rodziny Czelów i Goczałkowskich nie tylko umysłem, ale i sercem przyjęły hasła nowego ruchu religijnego. Ten nowy prąd religijny korzeniami swymi sięgał do Biblii i z niej czerpał swe ożywcze soki.

Do rzędu rodzin, które od dawna teren ten zamieszkiwały, należała rodzina Kuliszów. Trudno określić, w jakim czasie i skąd rodzina ta przywędrowała do Dzięgielowa.

Jedyną odpowiedź na to pytanie daje notatka umieszczona w metrykach kościelnych Puńcowa -wsi sąsiedniej. Czytamy tam, że w 1764 r. Antoni Kulisz, pochodzący z Moraw, ożenił się z Anną, z domu Raszka. Z tych Kuliszów wywodzi się Adam Kulisz, który w 1846 r. ożenił się z Ewą, z Hławiczków.

Najmłodszy ich syn Karol, piąty z kolei, urodził się 12.06.1873 r. Warunki materialne w domu Kuliszów były ciężkie. Ojciec Karola był robotnikiem w hucie trzynieckiej. Głęboko w pamięci najmłodszego syna wyrył się obraz ojca, który z zarzuconą torbą na plecach i kijem w ręce wyruszał o świcie do pracy. Wychodził w drogę, która wcale nie była bezpieczna. Zwłaszcza w okresie powodzi lub obfitych opadów śniegu. Gdy powracał z pracy, każdą wolną chwilę poświęcał czytaniu książek, nade wszystko Biblii. Ksiądz Kulisz z lat dziecinnych zapamiętał, że na stole w kuchni leżała zawsze Biblia, kancjonał, Dąbrówka, Postylla Reja oraz symboliczny chleb domowy.

Wielkie zainteresowanie wzbudzał wydawany przez budziciela polskości ks. Leopolda Otto „Zwiastun Ewangelicki”.

Tak więc atmosfera w domu rodzinnym przepojona miłością i zaufaniem do Boga, szczerym przywiązaniem do kościoła Jezusowego w Cieszynie, wywierała błogosławiony wpływ na szczególnie uczuciowe serce ks. Karola.

Ponieważ w Dzięgielowie nie było szkoły, Karol musiał codziennie wędrować do szkoły w Puńcowie. Po jej ukończeniu, ze względu na umiłowanie nauki, rodzice zapisali syna do Gimnazjum w Cieszynie. Jako uczeń znany był ze swych zdolności i zapału do pracy.

Po zdanym z wyróżnieniem egzaminie dojrzałości, Karol rozpoczął studia teologiczne w Wiedniu.

Studiował też w Erlangen, gdzie bliżej zapoznał się z teologią staro protestancką. Nawiązał kontakt z Światowym Związkiem Młodzieży Chrześcijańskiej W tym czasie pogłębił swoje życie wewnętrzne, a serce Jego otwarło się dla spraw Bożych.

Po ukończeniu studiów teologicznych, ks. Kulisz został powołany w 1898 r. na wikariusza personalnego ks. Heczki w Ligotce Kameralnej. Stanowisko to sprawował do 1920 roku.

W roku 1900 15 maja ks. Kulisz ożenił się z córką sekretarza zboru w Cieszynie Anną Macurą..

Początkowo Pastorostwo mieszkali w  tzw. małej farze. Po śmierci ks. Heczki przeprowadzili się do właściwego mieszkania.

Jako Ojciec rodziny okazał się ks. Kulisz nadzwyczaj czułym. Dzieci swoje otaczał                  niespotykaną troskliwością. Kiedy choroba zajrzała do domu pastorostwa, ks. Kulisz był pełnym tkliwości opiekunem. Taka postawa wynikała z usposobienia, jakie cechowało ks. Kulisza.

To serce, które taką miłością otaczało własne dzieci, w dalszych latach pracy równie gorąco pałało do najbiedniejszych istot.

Atmosfera domu pastorskiego przepojona była miłością bliżniego. Żona ks.Kulisza, dzięki osobistej kulturze, podniosła życie rodzinne na wysoki poziom. Pastorową cechowała niezwykła subtelność, takt i wrodzona inteligencja. Była wzorem matki, Polki, gospodyni i pani domu.

Ks. Kulisz jako duszpasterz posiadał dar łatwego nawiązywania kontaktu ze zborownikami. Miał czas dla każdego, kto przychodził do kancelarii. Sam odwiedzał rodziny, w których ojciec był nałogowym pijakiem. Postać młodego proboszcza tchnęła powagą, a zarazem serdecznością. Patrzył z miłością na biednych i nędznych, ale gdy nauczał, lub w rozmowie duszpasterskiej, piętnował grzech, a z oczu jego padały iskry gniewu. Każda, choćby przygodna rozmowa, kryła w sobie głęboki sens i wskazywała na cel wieczny.

Forma rozmów podobna była do rozmów, jakie Sokrates prowadził ze swymi uczniami. Podobnie jak ów starożytny filozof, dochodził ks. Kulisz do sedna sprawy za pośrednictwem pytań. A pytania te zmuszały rozmówcę do głębokiego zastanowienia i zrozumienia swego stanu wewnętrznego.

Ks. Kulisz był teologiem krzyża Chrystusowego. Wyznawał i głosił ze szczególną mocą teologię nawrócenia, zwłaszcza w okresie ligockim. Pod wpływem jego kazań nałogowi pijacy i złodzieje odwracali się ze swych złych dróg. Wygłaszał je zawsze z modlitwą o działanie mocy Ducha Bożego.

Gdy nadszedł rok 1905, a wraz z nim silny powiew Ducha Bożego na Śląsku Cieszyńskim,

ks. Kulisz okazał się jednym z najgorliwszych pionierów ożywienia życia religijnego.

Powstała Społeczność Chrześcijańska, której był ojcem duchowym i autorytatywnym opiekunem.

W 1906 r. Społeczność Chrześcijańska stała się jednostką prawną po zatwierdzeniu jej statutu przez Rząd Krajowy w Opawie. Takiego ruchu religijnego przeląkł się ks. dr Hasse, ówczesny proboszcz w Cieszynie. Zabronił ks. Kuliszowi wszelkiej współpracy w ruchu społecznościowym w Cieszynie i okolicy. Pomimo zakazu, współpraca istniała.

W 1913 r. wyłoniła się na terenie Cieszyna konieczność wyboru nowego proboszcza. Jednym z kandydatów był ks. Kulisz, który w wyborach otrzymał największą ilość głosów, pomimo mocnej opozycji proniemieckiej.

W tym czasie na szeroką skalę działał ks. Franciszek Michejda. Jego praca w dziedzinie krzewienia poczucia narodowego przyniosła obfite owoce. Ks. Kulisz stanął u jego boku. Współpraca układała się pomyślnie. Pragnęli gorąco, idąc śladami niezapomnianego ks. L. Otto, uświadomić narodowo lud śląski. Konsekwentna  postawa narodowa ks. Kulisza stała się powodem trudności w objęciu stanowiska proboszcza w Cieszynie. Wyniku wyborów nie zatwierdzono i sprawa pozostała otwarta do końca I wojny światowej. Po jej zakończeniu, Konsystorz Kościoła E.A. w Warszawie wybory zatwierdził.

W latach przełomowych 1918/1919 wyjechał ks. Kulisz jako mąż zaufania konferencji teologów, Rady Narodowej i Rządu Rzeczypospolitej do Paryża. Tam na kongresie państw zwycięskich po

I wojnie światowej, czynił starania w sprawie wcielenia Śląska Zaolziańskiego do Polski.

Po powrocie do kraju  został aresztowany przez władze czeskie i umieszczony w więzieniu lipnickim. Naraził się zdecydowaną postawą w sprawie ziem zaolziańskich. Kwestię tą osobiście przedstawił prezydentowi Czechosłowacji Masarykowi. Po uzyskaniu wolności bierze czynny udział w pracach synodu konstytucyjnego.

Uroczysta instalacja ks. Kulisza na proboszcza w Cieszynie, dokonana przez  ks generalnego superintendenta Juliusza Burschego z Warszawy odbyła się 6 stycznia 1920 r.

Przed  proboszczem stanęło wielkie pole pracy. Praca kaznodziejska, administracyjno-gospodarcza i najbardziej paląca, związana z problemami nędzy materialnej i duchowej setek istot ludzkich po I wojnie światowej. Ks. Kulisz, jako człowiek czynu, nie mógł biernie patrzeć  na rzesze szukające ratunku, musi udzielić radykalnej pomocy. Nie może odsyłać tylko z jałmużną

Właśnie w tym czasie została zlikwidowana przez Rząd Komora Cieszyńska. Ogłoszona została parcelacja. Postanowił, w okresie najkrytyczniejszej sytuacji społecznej, stworzyć azyl dla wielu

bezradnych i złamanych materialnie i duchowo ludzi.

Postanowił wynająć 50 ha ziemi z folwarku zwanego „Owczarnią” w Dzięgielowie. Warunkiem dzierżawienia było uprawianie ziemi. Folwark ogołocony był ze wszystkiego. Troszczyć się musiał  o meliorację i uprawę ziemi. W trudnych warunkach materialnych musiał nabywać żywy i martwy inwentarz. W starej szopie umieścił prowizorycznie pierwszych kilkunastu starców i kilka niemowląt. Te ostatnie odszukał osobiście w warunkach, o których nie sposób pisać. Konieczność nakazała budowę bloku dla ludzi zatrudnionych w polu.

Pieniądze z trudem zebrane wśród współwyznawców, topniały jak śnieg w gorącym czasie inflacji. Rozpoczęcie takiego dzieła bez stałego źródła dochodu było, jak pisze ks. Kulisz: ”próbą wiary, czy Kościół w tym przełomowym czasie potrafi przez swoje organa pójść drogą prostej ufności w Boga, bez oglądania się na jakiekolwiek widoczne podpory, spełniając zarazem w tej ufności służbę  samarytanizmu, jakiej te czasy od kościoła wymagają.”

W celu wypasania nieużytków zakupiono 60 owiec. Kilka tygodni później kupiono parę koni, wóz, pług, 2 krowy, 3 świnie i kilka kur.

Wydatki poczynione w pierwszym roku pokryto z pieniędzy darowanych przez  p. Gerlacha z Warszawy i z kościoła w Danii.

Wiosną 1921 r. rozpoczęto porządkować podwórze o rozmiarach prawie jednej morgi. Było ono zawalone kamieniami, zachwaszczone, nierówne. Ale największa trudność leżała w tym, że w czasie dżdżystych dni zmieniało się w grzęzawisko.

Po wielu kłopotach i ciężkiej pracy część podwórza zmieniono w ogród warzywny, część w piękny

i zaciszny park.

Stale wzrastająca ilość szukających schronienia w Zakładach ks. Kulisza, stworzyła konieczność

powołania do życia Polskiego Diakonatu Ewangelickiego. Pole pracy dla Sióstr z każdym dniem rosło. Przełożoną została mianowana Anna Klimsza, która swe zadanie w zakresie gospodarczym wykonywała sumiennie. Warunki pracy były nad wyraz ciężkie. Każdy dzień był szkołą pokory i samozaparcia. Codzienny znój i walka z prymitywizmem groziły osłabieniem zapału do służby.

Wprowadzanie w służbę zgłaszających się kandydatek wymagało wiele duszpasterskiego taktu i cierpliwości. W tym trudnym roku, pełnym zmagań i niepowodzeń Zakłady otrzymały biblijną nazwę „EBEN – EZER”, co znaczy:” Bóg pomógł – Bóg jeszcze pomoże. ”Hasło to wskazywało na źródło mocy, bowiem cała  historia powstania „Eben-Ezer” jest historią pomocy Bożej.

Historia Zakładów do r. 1930

opisana przez  ks. K. Kulisza dla zagranicy. (w języku niemieckim)

Tłum. Lidia Mackowska – córka ks. K.  Kulisza

Chcę dać szkicowy opis dzieła, które powstało z nieurodzajnej ziemi, a podnietą było tylko miłosierdzie nad  nędzą; wykazuje ono pod każdym względem niedoskonałość, a uzasadnieniem dla jego istnienia jest tylko miłosierdzie.

Dzieło to powstało po wojnie światowej w nowskrzeszonej Polsce, Państwie, które w każdym calu o swój byt musi walczyć; dla zmagań tego państwa jest ono charakterystyczne. Nieurodzajna jest dla niego gleba, nieprzyjazny też duch czasu. Świat czym innym jest dziś zajęty. Lud, gdzie wiara nasza zapuszczała korzenie, jest biedny, a oblicze jego nie jest zwrócone w stronę Królestwa Bożego.

Sam Kościół w zasięgu którego to dzieło powstaje, do tej pory nie interesował się tymi problemami. Czasami wydawało się, że ze swym miłosierdziem i wiarą, jesteśmy owcą między wilkami.

Jednak Bogu upodobało się! Dzieło rosło, jak miasto na górze, zewsząd widoczne.

Może tak stało się, aby zostało to, co niczym jest wobec całego przepychu i sławy świata.

Nie zrobiliśmy nic więcej, jak tylko tyle, że nie pozwoliliśmy, aby całkiem małe biedne dzieci ginęły, że nie wzdragaliśmy w samotnych, niedołężnych starcach widzieć członków kościoła  Chrystusowego, że mieliśmy odwagę chętne dziewczęta w całej swej niedoskonałości, w to dzieło

wprzęgnąć, a nawet wysyłać w głąb naszego kraju, aby- wierne swemu ludowi i kościołowi – zdobywały Ewangelii prawo obywatelstwa oraz że ważyliśmy się prosić o ofiary dla naszej pracy braci z daleka i bliska.

Nasza organizacja diakonis, polskich dziewcząt do służby Bożej, jest-być może-najmłodszą tego rodzaju w świecie ewangelickim. A ufamy, że organizacja ta zainteresuje tych, którzy z miłością obserwują każdą nową gałązkę na drzewie Królestwa Bożego. W każdym razie jest to poniżej opisane dzieło czymś niezwykłym w ewang. Kościele Nowej, zmartwychwstałej Polski .

Rok pierwszy 1920.

Przejęliśmy 43 ha pola; pastwiska, nieużytki, w połowie tylko pole uprawne. Do tego stary,

wilgocią zżarty dom dla 2 rodzin robotników, stajnię niską, długą dla owiec, 2 szopy na siano-

dach podparty słupami. Czynsz wynosił rocznie 214 .

Nie było ani jednego sprzętu do gospodarstwa rolnego, czy domowego. Nie było też żywego inwentarza-krowy ani konia ani nawet kury. Nie mieliśmy też nasienia do uprawy ani pieniędzy na to- tylko 5 ludzi: owczarz z żoną, stara kobieta, 70 letni wdowiec i jedna siostra ,którą  ściągnąłem

z domu starców w Ligotce, gdzie dawniej 22 lat pracowałem. Siostra ta musiała mieszkać w Cieszynie, co dzień brać ze sobą jedzenie, garnek i łyżkę. W tym to roku uprawili nam rolnicy z gminy bezpłatnie kawałek pola. Kupiliśmy 6 jagniąt do wypasania nieuprawianych pól.

Po pół roku kupiliśmy parę koni, wóz i pług i 2 krowy. Część szopy na siano obiliśmy deskami jako miejsce pomieszczenia personelu i wychowanków, dla których przecie obiekt został wynajęty.

Przebudowaliśmy też oborę owiec na oborę dla krów, kupiliśmy3 prosiaki i kilka kur. Pod koniec

zimy przebudowaliśmy jeden koniec obory owczej na prowizoryczne pomieszczenie dla 8 dzieci

i parę starych opuszczonych ludzi. Kupiliśmy też  najpotrzebniejsze  narzędzia rolnicze i jeszcze 3 krowy. Pieniądze na to w pierwszym roku otrzymałem z mniejszych ofiar w mojej parafii, a przez Generalnego Superintendenta Juliusza Bursche w Warszawie otrzymałem 300 $ od naszego przemysłowca w Warszawie oraz 100 $  jako ofiara duńskiego kościoła dla luteran w Polsce.

Rok drugi 1921.

Przez zimę i wiosnę pracowaliśmy już naszymi końmi i uprawiliśmy 30 ha pola. Staraliśmy się doprowadzić do ładu (podwórze) obejście- wielkości 10.000 m2, które wyglądało beznadziejnie.

W środku tworzyło pagórek-rozwalone płoty, kupy kamieni, gnojowisko. Po oczyszczeniu….

zamieniliśmy to podwórze na ogród warzywny. Pomieszczenie, z przerobionej obórki dla dzieci i starców ,okazało się nie do użytku, z powodu dużej ilości much, od których ściany były czarne.

Stanęliśmy przed problemem jak pomieścić rosnącą ilość dzieci i pacjentów, która w drugim roku wynosiła już 21 dzieci i 16  bezdomnych dorosłych oraz co począć ze sporą liczbą bezrobotnych

i włóczęgów, dla których przecie to gospodarstwo miało być azylem. Gnieździli się oni w szopie, a w zimie w całkiem niemożliwy sposób upchani w domku robotniczym. Nowego pawilonu nie mogliśmy budować, na fundusze nie było widoków. Postanowiłem pod starym dachem szopy na siano rozbudowywać pomieszczenia-jedno za drugim, w miarę potrzeb i pieniędzy.

Tak powstała sypialnia dla dzieci, kuchnia, komórka dla siostry ,jadalnia dla robotników  oraz druga sypialnia dla starszych dzieci.. Pod tymi pomieszczeniami wykopaliśmy piwniczkę, a nad nimi, zbiliśmy z desek „ sypanie”- miejsce na ziarno.

Starzy ludzie i robotnicy musieli pozostać jeszcze wśród much. W tym roku pomnożyliśmy ilośc krów do 9,a koni do 4,prosiakow było10,dla których w obórce owiec rozbudowaliśmy chlewnię.

Na polach wykarczowaliśmy zarośla, osuszaliśmy łąki. To budowanie, inwentarz żywy i martwy,

utrzymanie ludzi kosztowało 1.330 $. W większości pokrył to jeden z moich dawnych parafian zboru ligockiego, który ma 14 ha gruntu i realnie jest bogaty, jak również właściciel cegielni

(dodaję nazwisko- Fr. Górniak, Sibica) Przy okazji chcę już tu nadmienić, że w ciągu lat

ten właściciel cegielni ofiarował nam ¼ miliona cegieł. Od rządu dostaliśmy zapomogę wys. 200 $.

Reszta była pożyczką. Z końcem drugiego roku dług nasz wynosił około 400$.

Rok trzeci 1922.

W tym roku zacząłem organizować nasz związek diakonis. Z myślą tą nosiłem się już dawno.

W okresie mej pracy w zborze w Ligotce przekazałem sporo dziewcząt do diakonatu w Bielsku

i do zakładów diakonis w Miechowicach- Matce Ewie Tiele-Winkler.

Gdy potem wybudowałem w Ligotce Betezdę -Dom Starców, i tam dla opieki socjalnej i duchowej

sióstr potrzebowałem, nie mogłem się o nie nigdzie doprosić. Po I wojnie światowej było jasne dla mnie, że dla pracy w moim nowym zborze cieszyńskim, centrum polskiego ewangelicyzmu, będę potrzebował sióstr, które czują i myślą po polsku. Praca w Dzięgielowie dopełniła potrzeby stworzenia nowego własnego diakonatu. W tym samym czasie zwrócił się do mnie, od lat istniejący diakonat warszawski, o zasilenie i odświeżenie ich diakonatu  nowymi siłami. Nosiliśmy się wtedy wraz z Warszawą z myślą o wspólnym diakonacie w dwu domach. Ten projekt okazał się jednak niepraktyczny. Tak więc powstała nasza polska organizacja luterańskich sióstr Dzięgielów – Cieszyn:” Polski Diakonat Ewangelicki – Eben – Ezer – Dzięgielów – Cieszyn”

Liczba naszych sióstr – uczennic wraz z siostrą starszą, która pracowała już w Ligotce i od  początku w Dzięgielowie, wynosiła 6. Dla tych sióstr potrzebne było schronienie- liczba dzieci wzrosła do 30. Wzrosła też liczba starców i ułomnych. Więc budowaliśmy pod szopą dalsze pomieszczenia aż do ¾ budy, która w całości miała  50 m. długości. Dla sióstr wybudowaliśmy na strychu komórki podobne  raczej do gołębników.

Obórkę owczą trzeba było zamienić na przyzwoitą oborę z podłogą cementową, magazynem na karmę i kuchnią. Powiększono też pomieszczenie dla starców.

W tym to roku koszty budowy, sprzętu, utrzymania wzrosły już do 4.820 $. Dług powiększył się

do 2000 $. Resztę pokryły ofiary zborowników, subwencja państwa i dary z zagranicy. Z tymi było

wiele biedy. Np. otrzymałem z Ameryki dar 180 $,które przekazane przez państwo wypłacało nam

w markach. Zanim procedura się skończyła ,wskutek ówczesnej inflacji, dar wart był zaledwie kilka bochenków chleba. Tak było też z subwencjami. W tym czasie mieliśmy też kłopoty z naszą kolonią bezrobotnych. Był to czas inflacji, załamania życia gospodarczego. Byliśmy blisko granicy czeskiej i niemieckiej. Napływało coraz więcej z Czech i Niemiec ludzi polskich przekonań, którym tam odmówiono obywatelstwa. Ludzie byli też przez wojnę zdemoralizowani, do pracy nieprzyzwyczajeni. Więc było naszym chrześcijańskim obowiązkiem przyjmować tych ludzi i do

pracy wychować.

Z początkiem zimy spotkało nas wielkie nieszczęście: pod wichurą załamał się stary dach nad

naszymi rozbudowanymi pomieszczeniami. Nasze dzieci i siostry czekała ciężka zima do przeżycia

pod przemakającym dachem; zima, która nie śmiała się już więcej powtórzyć. Wtedy nadałem naszym zakładom i diakonatowi nazwę „EBEN-EZER”- Bóg pomógł, Bóg  będzie pomagał.

Rok czwarty, piąty, szósty  1923,24,25.

Nie mieliśmy do tej pory żadnego planu naszej pracy. Nie planowaliśmy takiego czy innego zakładu. Jako pastor największego polskiego zboru i Senior ( na które stanowisko zostałem wtedy wybrany),krok za krokiem postępowałem w pracy, którą odpowiednio do tych czasów

i z duszpasterskich obowiązków wykonywać musiałem. Teraz jednak, po założeniu organizacji Sióstr, wobec walących się budynków, szybko podrastających wychowanków, natłoku bezrobotnych i z powyższych wynikająca potrzeba udoskonalenia gospodarstwa, musiałem się zdecydować od zaraz na budowę przyzwoitego Domu Dziecka, Domu Starców oraz na rozwinięcie gospodarstwa przez budowę budynków, zakup maszyn oraz starać się w możliwie krótkim czasie o budowę

Domu Macierzystego dla Sióstr.

Zaczęliśmy więc budować dom dziecka, a mianowicie w ten sposób, że ten obecny prowizoryczny

pozostał w brzuchu nowo stawianego, gdyż dzieci musiały w starych pomieszczeniach nadal przebywać.2 lata trwała ta budowa, która na skutek tych komplikacji, brudu, nieporządku -

do zwątpienia doprowadzała. Koszt wynosił  26.000 $.

Oprócz tego domu trzeba było dla dzieci odpowiednio wielki pawilon do zabaw w deszczowe dni wybudować. Nie można było gromady dzieci, osiągającej blisko setki ,trzymać przez dzień w domu, zwłaszcza  w okresie przebudowy. A więc wybudowaliśmy z desek jasny pawilon,30 m. długi, 40 m. szeroki,12 m. wysoki, który stał się dla nas prawdziwym wybawieniem.

W tym pawilonie też odbywają się nasze uroczystości ludowo-misyjne, oprócz tego teraz w czasie ferii mieszczą się tam kolonie z Górnego Śląska. Kosztował on 900 $.

Prawie równocześnie budowaliśmy Dom Opieki dla starców ,mieszczący w tej chwili 70 osób. Kosztował  15.000 $.

W gospodarstwie starą oborę dla owiec przebudowaliśmy na obszerną oborę dla krów ze strychem, do tego dobudówkę dla świń. Ta wielka przebudowa kosztowała 11.000 $.

Rozbudowaliśmy też stodołę, stajnię na 6 koni, szopę na siano i remizę na wozy. To wszystko kosztowało  12.000 $.  W tym czasie wykańczaliśmy ciągle jeszcze  niedoskonałe podwórze. Założyliśmy też sad wielkości pół tysiąca drzewek. To wszystko było bardzo kosztowne. Nasze wydatki w ciągu tych trzech lat na budowy, umeblowanie, ogrodnictwo, koszty utrzymania, wyniosły 75.000 $. Liczba sióstr wzrosła pięciokrotnie.

Następne lata 1926, 1927, 1928.

Ten czas wypełnia dalsza praca ,wewnętrzna organizacja, wzrost znaczenia Zakładów.

Melioracja pól, woda, światło, drogi, sanitaria, wychowanie dzieci, kształcenie sióstr.

Zakład  leży na pagórku z pięknym widokiem na Beskidy. Jest tam słonecznie, pięknie.

Lecz przedtem było to puste odludzie, w którym wszystko trzeba było stworzyć, czego takie osiedle

zakładowe potrzebuje. Problem wyżywienia staraliśmy się rozwiązać przede wszystkim przez ulepszanie upraw. Przeprowadziliśmy kosztowne, lecz przez rząd dostatecznie wspierane drenowanie pól, założyliśmy pastwiska fachowo – dla krów, których liczba wzrosła do 30 – jako że mleko było podstawą wyżywienia. Nie ma na górze rzeki. Naszą studnię trzeba było zastąpić wodociągiem, który kosztował 1.800 $. Nie można było dłużej oświetlać zakładu lampkami naftowymi. Potrzebowaliśmy już około 40 lamp. Było to mozolne czyszczenie i niebezpieczeństwo pożaru. Doprowadziliśmy więc prąd z Cieszyna, którego koszt wyniósł  około 2.000 $  To jest opłacalne, ale kosztowało również wiele trudu i trzeba było przemyśleć każdy najmniejszy wydatek.

Wydatki doszły już do 100.000 $ i pogrążyły mnie. Nie chcę tu opowiadać o wszystkim, co mi pomagało przetrwać i upoważniało do kroczenia dalej; to są zgoła święte tajemnice, które Bóg zna, widzi co ukryte. Często pytano mnie: Jak to robisz ? I zawsze, gdy opowiadać o tem musiałem, miałem w duszy uczucie niesmaku.

Nasze drogi i podwórzec ciągle jeszcze domagały się poprawy. W okresie posuchy było znośnie, lecz bieda, gdy zmieniały się w błoto . Jak miały dzieci wychodzić ?  Jak przyjmować gości, których coraz więcej się zjawiało ?  Aż do teraz – do roku 1930 -nie skończyliśmy kanalizacji, brukowania obejścia, żwirowania dróg. To bardzo kosztowne sprawy. Lecz gdy skończymy, będzie u nas pięknie. Lecz za tą cenę moglibyśmy wybudować piękny, duży Dom Sióstr.

A teraz o organizacji życia zakładowego. Dom Dziecka składa się z żłobka, przedszkola i dzieci szkolnych – każde ma około 30 dzieci – ostatnio nawet ponad 50 szkolnych dzieci..

Doświadczenie  pouczyło nas, że te trzy oddziały nie mieszczą się razem. Właściwie to w naszym dużym Domu Dziecka jest miejsce tylko dla 40 dzieci od  2 – 7 lat i dla dziewcząt, które u nas

chciałyby się uczyć pielęgnacji dzieci. Żłóbek potrzebuje bezwzględnie osobnego budynku.

( I to nam przyrzekł wybudować mały krakowski zbór)  Dzieci szkolne potrzebują również specjalnego domu; zgodnie z wymaganiami nowoczesnymi – wiele potrzebują przestrzeni.

Miejsca na budowanie starczy nam dla całego miasteczka, ale nie ma pieniędzy !

Trzeba też, aby siostry nasze były wyszkolone, jeżeli mają zajmować się pielęgnowaniem i wychowaniem tej gromady dzieci . Nasze siostry, to prawie wyłącznie proste córki wsi, którym trzeba wykształcenia nie tylko w powyższym, ale też w służbie szpitalnej i nawet zborowej.

Jesteśmy młodą – 8 lat liczącą organizacją. Wielkie pole działania przed nami; w naszym kraju moglibyśmy służyć wśród ewangelików, a nawet wśród katolików.

Jak mamy jednak nasze kandydatki szkolić bez Domu Macierzystego ! W tym nasza słaba strona. Czasem zmuszeni jesteśmy nasze kandydatki nieprzygotowane do służby skierowywać.

Tu spotykają nas słuszne zarzuty. Lecz cóż ? Kto z naszą sytuacją jest obeznany, ten widzi, że inaczej nie możemy.

Bez przerwy przychodzą do nas zapytania o siostry, lecz jeszcze więcej wołania o przyjęcie dzieci ,

bezrobotnych, bezdomnych starców. Często zapytuję siebie: czy te wołania są kuszeniem nas, czy są wyzwaniem wiary i dalszego kroczenia w wierze ?

Nasza trudność tkwi przede wszystkim w tym, że źródła, z których możemy czerpać pieniądze, są bardzo słabe, że ewangelicy w Polsce są w ogóle małą gromadką, która choć zgrupowana jest w południowo-zachodniej Polsce, to jest diaspora chłopów i robotników.

Nasz  rząd  przygląda się naszej pracy z coraz większym zaufaniem, chętnie udziela pomocy, lecz oczywiście tylko w wymiarach zgodnych z liczebnością naszą. Trudność polega na tym, że jesteśmy ewangelikami Polakami. Niemieccy ewangelicy mogą czerpać środki z Niemiec.

My Polacy nie możemy. Nie możemy też jako luteranie zwracać się do katolików, współrodaków. Reszta ewangelickich krajów jest zbyt daleko, za mało interesują się nami. Tak oczywiście być nie powinno: ewangelikom wszystkich krajów powinno na tym zależeć, aby Ewangelia i Kościół ewangelicki w Polsce się zadomowił – to jest pierwsza myśl misyjna.

Ten gniotący nas ciężar długów i sprawa, że oprócz tego ciężaru musimy wykupić tereny, które dotąd dzierżawiliśmy, a które muszą przejść na naszą własność, zmusiła tego, który dźwiga całą odpowiedzialność  za  zakłady  w r.1928  udać się do Ameryki, aby tam szukać pomocy.

Ta podróż została uwieńczona sukcesem, zebrano 12.250 $. To było w tym okresie, oprócz subwencji naszego rządu i kilku prawdziwych ofiar naszych przyjaciół, naszym poratowaniem.

Lecz wiele jeszcze potrzeba. Jeżeli mamy spłacić dług wynoszący obecnie 18.200 $ i jeżeli mamy mieć budynki konieczne do dobrej organizacji naszej pracy.

Dwa ostatnie lata 1929 i 1930.

Te lata odznaczają się przygotowaniami, gromadzeniem materiału na dalsze budowy. Te dwa lata właśnie, z powodu długów na nas ciążących były najcięższe. Sprawy wyglądały tak, że dług spoczywał na wielu wierzycielach, a odpowiednie sumy nie mogły na tych samych miejscach długo zalegać, było trzeba szukać ciagle nowych miejsc, które by te sumy na siebie wzięły .

To bezowocna praca, marnująca  czas i siły. W tej trudności jednak ta pociecha, że nasze dzieło zaczyna zyskiwać prawo obywatelstwa wśród szerokich kręgów ludności; uznanie, że jest  ono pięknym i wielkim dziełem w naszym kościele.

Nasze uroczystości coraz liczniej są odwiedzane, nawet przez katolików; to najznaczniejsze uroczystości  misji. Co to oznacza, ten tylko zrozumie, kto zna dzieje naszego luterańskiego kościoła na Śląsku. Kościół niewiele do tej pory troszczył się o opuszczone dzieci, moralnie i materialnie upadłe. Był on zgoła czymś takim, jak kapłan, który mija napadniętego przez  zbójów, zostawiając go – śpieszy do swej świątyni. Tutejszy kościół nie zdobył  się dotąd na to, aby się schylić nad umierającym i podnieść go – gorzej -on go nawet nie zauważał -niestety – z powodu własnych korzyści.

Założyciel Zakładów mógłby niejedno opowiedzieć o wielkich ofiarach, ale spotykał się też z

obojętnością ludu i wrogami chrześcijańskiego miłosierdzia.

Lecz wojna światowa  i inne rany sprawiły, że lud otrząsnął się z zobojętnienia, a nauka, którą zakłady ludziom dają skierowują nasz Kościół na nowe tory.

Ten Śląski luterański Kościół był przez setki lat ciężko doświadczany i prześladowany.

Potem przeszedł okres trwania martwego kapłaństwa.

Teraz wybiła godzina, aby się obudził do wiary, wiary, która czynna jest przez  miłosierdzie

i miłość.

Udostępniła p. Róża Mackowska-Karbowska

=============================================================

piątek, 29 czerwca 2012

Prawnuk

Przynajmniej jedna osoba odwiedzi dzisiaj bielski kirkut i przynajmniej na jednym nagrobku zapłonie świeca. O przypadającej 29 czerwca 2012 roku setnej rocznicy śmierci Ernsta Brülla pamięta jego prawnuk – Andrzej.

Skrawki informacji w internecie o założonej pod koniec XIX wieku wraz z Fryderykiem Plützarem niewielkiej fabryce sukna. Żadnych przekazywanych z pokolenia na pokolenie opowieści, żadnego zdjęcia w rodzinnym albumie.

Na nagrobku ślady po usuniętych niemieckich napisach, data narodzin, data śmierci (żył tylko 58 lat), wzmianka o zgładzonych w Auschwitz żonie i córce. Tradycyjne formuły: “tu pochowany…” i “niech jego dusza…” w jidysz, którego pewnie nawet nie znał.

Syn Ernsta – Oswald wraz z żoną Herminą i synem Tomaszem we wrześniu ‘39 ratował się ucieczką do Lwowa. Aresztowany przez NKWD zmarł z wycieńczenia w ciężkim obozie pracy w Kazachstanie. Jego bliskim udało się wrócić do Bielska i tu doczekać końca wojny.

Andrzej to syn Tomasza.

“Nic właściwie nie wiem o pradziadku, ale pójdę i położę kamyk (…) 100 lat… Giną żywota w mrokach czasu…”

Andrzej – prawnuk Ernsta.
Kirkut w Bielsku-Białej. Zdjęcia z lutego 2012 roku.
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

50 LAT W SŁUŻBIE DLA PANA

15 grudnia 2013

Jubileusz 50-lecia ordynacji diakonek

Jubileusz 50-lecia ordynacji diakonek

W 3. Niedzielę Adwentu, dnia 15 grudnia 2013 r. w kościele Jezusowym w Cieszynie byliśmy świadkami niecodziennej, a właściwie pierwszej tego rodzaju uroczystości jubileuszu 50-lecia ordynacji diakonackiej naszych Sióstr w Panu i naszych koleżanek z okresu studiów teologicznych w Warszawie w latach 1955 do 1961. Oto 3 diakonki mgr Janina Kisza – Bruell, mgr Helena Gajdacz z d. Bujok i mgr Emilia Grochal z d. Pilch (czwarta nieobecna, bo zamieszkuje 1000 km od Cieszyna, a mianowicie diakon mgr Krystyna Frank – Smoleńska) dziękowały Panu Jezusowi za 50 lat służby w Kościele w posługiwaniu diakona – katechetki. Wszystkie te nasze siostry w posługiwaniu Słowa Bożego były ordynowane na urząd nauczania kościelnego w posłudze diakona w kościele w Wiśle, w dniu 15 grudnia 1963 r. przez ówczesnego Zwierzchnika Diecezji Cieszyńskiej ks. seniora Adama Wegerta w asyście ks. radcy Roberta Fiszkala i ks. proboszcza Adolfa Franka, przy obecności NPW ks. biskupa prof. dr. Andrzeja Wantuły (kazanie na tekst Iz 40,1-8), ks. radcy dr. Alfreda Jaguckiego i ks. radcy Artura Gerwina.

W uroczystości dziękczynnej wzięli udział księża biskupi: biskup senior Jan Szarek oraz biskup diecezjalny Diecezji Cieszyńskiej Paweł Anweiler, miejscowy proboszcz ks. radca Janusz Sikora i proboszcz senior Jan Melcer jak również pozostali koledzy z lat studiów: ks. konsenior Andrzej Czyż, ks. Jan Lech Klima i ks. Jan Gross, a także ks. Emil Gajdacz mąż diakon Heleny Gajdacz), ks. płk. Zbigniew Kowalczyk, ks. Daniel Bruell (syn diakon Janiny Bruell) z Niemiec, ks. dyrektor Marek Londzin, ks. Mirosław Podżorski, ks. Łukasz Gaś i praktykant mgr teol. Marcin Podżorski, diakonki z Diecezji Cieszyńskiej: mgr Joanna Sikora, mgr Aleksandra Błahut – Kowalczyk, mgr Ewa Bujok, mgr Karina Chwastek – Kamieniorz, mgr Urszula Śliwka, mgr Anna Kajzar, siostra przełożona Diakonatu oraz emerytowana siostra przełożona Lidia Gotschalk, jak również małżonki księży i małżonkowie diakonek.

Liturgię Słowa odprawili księża: Emil Gajdacz i Janusz Sikora. Kazanie niedzielne na tekst przypadającej perykopy z Obj 3, 1-6 wygłosił ks. biskup Paweł Anweiler, który także później od ołtarza w serdecznych słowach podziękował Jubilatkom za pracę duszpastersko-katechetyczną jaka wykonały dla wszystkich, a zwłaszcza dla dzieci i młodzieży, ale także przy odwiedzinach w szpitalach.

Po przemówieniu Ksiądz Biskup zmówił dziękczynna modlitwę i pobłogosławił każdej z osobna.

Ks. Biskup Paweł Anweiler błogosławi Jubilatki od strony lewej: dk mgr Helena Gajdacz, dk. mgr Janina Kisza Bruell i dk. mgr Emilia Grochal.

Spowiedź i liturgię Sakramentu Ołtarza odprawił ks. Janusz Sikora, który wespół z ks. E. Gajdaczem, ks. Janem Melcerem i ks. Danielem Bruellem rozdawał Komunię Świętą. Była to druga Komunia Święta tego dnia w kościele Jezusowym, do której przystąpiło bardzo dużo uczestników Sakramentu Ołtarza. Na zakończenie nabożeństwa błogosławieństwa udzielił ks. biskup Paweł Anweiler.

W  czasie nabożeństwa pięknie wykonał 3 pieśni miejscowy chór parafialny  pod dyrekcją dk. mgr Joanny Sikora.

Po nabożeństwie w sali parafialnej zaproszeni goście byli podejmowani obiadem, w czasie którego przemawiali: diakon Aleksandra Błahut-Kowalczyk w imieniu katechetek oraz ks. biskup senior Jan Szarek w imieniu kolegów z lat studiów. W imieniu Jubilatek serdecznie podziękowała wszystkim uczestnikom uroczystości diakon Helena Gajdacz.

Na pierwszym planie - Mama z Synem.

Na pierwszym planie - Mama z Synem.

Jubileusz 50-lecia suzby diakońskiej.

Jubileusz 50-lecia służby diakońskiej.

 Jubileusz 50-lecia służby diakońskiej: Janiny Kisza-Bruell, Heleny Gajdacz i Emilii Grochal.

Jubileusz 50-lecia służby diakońskiej: Janiny Kisza-Bruell, Heleny Gajdacz i Emilii Grochal.